Wysokie trawy na małej polance w lesie niedaleko
miasta falowały pod wpływem wiatru, wyginając się niczym w tańcu. Drzewa
szumiały cicho, próbując przekazać coś w swoim języku, a gałęzie rzucały tu i
tam cienie, poruszające się wraz z rytmem podmuchów. Po raz kolejny świst
rozdarł ciszę panującą w tym miejscu.
Wystrzelona strzała utknęła w tarczy wiszącej na
drzewie, a jej grot wbił się bardzo blisko namalowanego czerwoną farbą centrum
tarczy. Kilkanaście innych pocisków również nie trafiło idealnie do celu,
wystając niczym igły jeża z drewnianego koła. Czerwone lotki błyszczały w
mocnym świetle słońca.
Wysoka dziewczyna stojąca kilka metrów od celu,
westchnęła zażenowana, nakładając kolejną strzałę na łuk. Czarne, długie włosy
sięgające do pośladków falowały delikatnie, co jakiś czas przesłaniając chudą
twarz i jasno-brązowe oczy, wpatrzone uporczywie w tarczę. Kobieta zmarszczyła
lekko brwi, prostując się i naciągając łuk.
Powoli przejechała palcem wskazującym po grocie, skupiając się.
Choć był to jeden z kolejnych letnich i gorących
dni, ubrała się w białą, prostą koszulę beż żadnych ozdobień i czarny, długi
płaszcz. Jej nogi zakrywały tego samego koloru, co wierzchnie okrycie, bryczesy
i wysokie, sięgające kolan buty na płaskiej podeszwie, ledwo dostrzegalne wśród
wysokich traw. Po śladach cerowania wyraźnie było widać, że ubrania nie są
najnowsze.
Dziewczyna oddychała głęboko, chcąc wycelować jak
najlepiej. Wciągnęła głęboko powietrze i w momencie, gdy puszczała cięciwę,
ktoś krzyknął jej imię, co zdekoncentrowało czarnowłosą. Nieświadomie uniosła
lekko łuk do góry, sprawiając, że strzała poszybowała gdzieś daleko w las.
Brązowooka opuściła ręce poirytowana, ciężko
wypuszczając powietrze, po czym obróciła się z zamiarem zbesztania osobnika,
który jej przeszkodził. Skrzyżowała ręce na piersi, piorunując wzrokiem
stojącego niedaleko niej chłopaka.
- Będziesz biegł po tą strzałę, Dannyl – Warknęła
do intruza. Mężczyzna miał krótkie, brązowe włosy i oczy tej samej barwy, co
ona. Na chudym, lecz lekko umięśnionym ciele zwisała jasna koszula z długimi,
bufiastymi rękawami. Nogi zasłaniały brązowe spodnie i czarne buty wspinaczkowe
za kostkę. Dannyl wyszczerzył zęby, spoglądając na tarczę, służącą jej za cel.
- Nie moja wina, że nie umiesz strzelać,
siostrzyczko – powiedział wesoło.
- Miałam raczej kiepskiego nauczyciela –
mruknęła, spoglądając znacząco na chłopaka, równocześnie sięgając do kołczanu.
Mężczyzna wybuchł śmiechem, sadowiąc się na ziemi obok niej i bawił się
zerwanym źdźbłem trawy, przyglądając jej poczynaniom.
Dannyl był jej starszym, a zarazem jedynym
bratem, zawsze uśmiechniętym, niezależnie od sytuacji. Kiedy była młodsza,
spędzała z nim i jego kolegami dużo czasu, wspinając się po okolicznych górach.
Nigdy jednak nie zapuszczali się zbyt daleko od miasta.
Całe dzieciństwo spędziła zresztą w otoczeniu
chłopców. Ponieważ zdecydowanie wolała wspinać się po drzewach i walczyć
mieczami, które notabene były tak naprawdę patykami, nie przebywała prawie w
ogóle z dziewczętami, wolącymi bawić się lalkami, plotkować i rozmawiać o
aktualnej modzie.
- Ignis, ty mnie w ogóle słuchasz? – Zapytał
lekko poirytowany chłopak, przekrzywiając głowę. Dziewczyna wzdrygnęła się,
przewieszając kołaczan przez ramię i zerknęła na brata.
- To o czym mówiłeś? – Zapytała, co wywołało
przeciągłe westchnienie Dannyla.
- Pytałem, czy idziesz na rynek. Przyjechali
kupcy, może uda się znaleźć coś ciekawego – powiedział, prostując nogi.
Skrzywiła się lekko. Nie lubiła tłumów, a skoro
przyjechali kupcy, oznaczało to, że będzie ogromny tłok na ulicach. W takich
właśnie momentach dziękowała Bogom, że zna każdy skrót i każdą, nawet
najmniejszą uliczkę tego miasta.
- Można się przejść – powiedziała, gładząc
wygrawerowane przez nią znaki na łuku. Brat uśmiechnął się, wstając z trawy i
podał jej dłoń.
- Może zdążymy jeszcze przed przerażającym
tłokiem – powiedział, mrugając doń. Uśmiechnęła się lekko, łapiąc za rękę i
wstając. Przewiesiła łuk przez drugie ramię.
Ruszyli powoli po łące na skraj lasu, kierując
się w stronę miasta. Szli słabo wydeptaną ścieżką, odgarniając gałęzie. Liście,
które spadły przedwcześnie, szumiały pod stopami, zagłuszając co jakiś czas
śpiew ptaków. Wśród drzew roznosił się przyjemny dla nosa zapach grzybów i
mchu. Co chwila jakaś wiewiórka uciekała szybko, chowając się wśród wiekowych
gałęzi. Im bardziej zbliżali się do siedliska ludzi, tym głośniej było słychać
typowe odgłosy miasta, a las stawał się coraz rzadszy. Chwilę później dotarli
na brzeg gąszczu, otrzepując się z liści i igieł.
Ruszyli do jednej z bliższych bram miasta,
pogrążeni w rozmowie.
Wejście to było duże, tak samo jak mury okalające
miasto. Wmieszali się w tłum, wchodzący przez bramę i po wejściu do miasta,
skierowali swe kroki na główny rynek. Nie było to zbyt duże miasto ani zbyt
urodziwe, jednakże Ignis lubiła to miejsce.
Niesieni przez tłum, dotarli na rynek w centrum.
Normalnie było to miejsce bardzo przestrzenne i dosyć ciche. Teraz jednak
prawie całą jego powierzchnię zajmowały stragany, a głosy ludzi mieszały się z
wrzaskami kupców, nawołujących do nabycia swojego towaru. Spacerowali razem od
straganu do straganu, oglądając towary.
- Ciekaw jestem, jak przebiegną moje urodziny –
powiedział Dannyl, nachylając się nad siostrą. Ona zaś wzruszyła ramionami.
Zbliżały się osiemnaste urodziny chłopaka, a ponieważ rodzice szykowali jakąś
niespodziankę, on już się nie mógł doczekać tego dnia.
Zatrzymali się przy straganie z błyskotkami,
oglądając drogie wyroby ze szlachetnych kruszców. Niestety, obydwoje mogli
tylko marzyć o takiej biżuterii, gdyż ich sakiewki nie były zbyt ciężkie. Po
chwili brunet złapał Ignis za ramię, nachylając się do niej.
- Zobaczymy się w domu, muszę coś załatwić –
powiedział, uśmiechając się i ruszył w sobie tylko znanym kierunku. Czarnowłosa
jeszcze chwilę patrzyła się pytająco na brązową czuprynę, znikającą powoli w
tłumie. Wzruszyła ramionami. Nie mając, co ze sobą zrobić, ruszyła wzdłuż
straganów, oglądając różne przedmioty. Jednocześnie szukała czegoś dla brata,
kierując swoje kroki do karczmy na obrzeżach placu.
Gdy tylko weszła do środka, otuliło ją ciepło
jeszcze większe niż na zewnątrz. Nieduże pomieszczenie w całości było
zapełnione ludźmi. Ignis przepchała się przez tłum, po drodze ściągając płaszcz
i usiadła prze kontuarze. Przyglądając się ludziom, popijała zamówiony cydr.
Nagle z zaplecza wyszedł mniej więcej jej wzrostu i wieku chłopak, dźwigający
beczkę z piwem.
- Ignis! – Uśmiechnął się, odkładając pełny
pojemnik i podchodząc do niej. Jego niebieskie oczy błyszczały lekko, a
posklejane potem blond włosy opadały na czoło.
- Witaj, James. Niezły dzisiaj macie ruch –
powiedziała, upijając łyk cydru. Chłopak pokiwał głową, podpierając się o blat.
- Od samego rana, gdy tylko przyjechali kupcy.
Nie ma nawet chwili odpoczynku – westchnął, odgarniając włosy. James należał do
chłopaków, z którymi bawiła się dzieciństwie – To kiedy Dannyl ma urodziny? –
Zapytał.
- Za trzy dni.
- Trzeba się przygotować. Zupełnie nie wiem, co
mu kupić.
- Mam to samo – westchnęła Ignis.
- A co tam u cie … - Nie dokończył, gdy czyiś
męski głos krzyknął do niego
- James, wracaj do pracy! – Krzyknął to
karczmarz, który przed chwilą również wyszedł z zaplecza. Teraz patrzył groźnie
swoimi zielonymi oczami na chłopaka, podpierając się pod boki. Był niższy od
niego i o wiele grubszy. Ciemne włosy przyprószone siwizną rozczochrały się w
pracy, a fartuch poplamił od nie wiadomo czego. James zamknął oczy, by po
chwili ponownie je otworzyć.
- Tak, tato – westchnął ciężko – Do zobaczenia,
Ignis – dodał z uśmiechem i z powrotem podniósł beczkę, znikając gdzieś za
drzwiami. Dziewczyna powoli dopiła cydr, kładąc na stole srebrną monetę, po
czym wyszła z karczmy. Powoli przepychała się przez tłum ludzi, chcąc jak
najszybciej dostać się do jednej z mniejszych uliczek, skąd mogła prędko
dotrzeć się do domu.
Kilku młodych chłopców przebiegło obok niej,
śmiejąc się i goniąc nawzajem. Jeden z nich przez przypadek pchnął ją.
Dziewczyna straciła równowagę, upadając prosto na obcego mężczyznę w długim,
czarnym płaszczu. Ten obrócił się szybko i szarpnął ją za rękę.
- Uważałabyś, smarkulo – warknął do niej,
zaciskając bladą, kościstą dłoń na jej nadgarstku. Dziewczyna próbowała się
wyrwać, lecz obcy nadal ją trzymał. Gdy szarpnęła mocniej, rękaw koszuli
roztargał się, ukazując jej rękę. Natychmiast zastygła w bezruchu, co zresztą
to samo stało się z zaskoczonym mężczyzną.
Awh, awh, awh. Cieszę się, że wygląda to teraz tak, jak wygląda. Jest o wiele lepiej niż w pierwotnej wersji ^w^ Zwłaszcza herbatk ai kawka XD Weny zatem i by było coraz lepiej~~
OdpowiedzUsuńNo no zaciekawiło mnie!
OdpowiedzUsuńCzyżby James był tym kim myślę?
Od razu przypadła mi do gustu postać Dannyla! (ty mnie znasz, wiesz czemu ^^)
Lecę czytać dalej, mam jeszcze tyle przed sobą ohoho.
VioletAngel