niedziela, 22 września 2013

Rozdzial IV

Trzaśnięcie drzwi oznajmiło przybycie kolejnego klienta.
- Dzień dobry - oznajmił czyjś męski głos tuż obok niej. Ignis odwróciła się. Wysoki, lekko zgarbiony chłopak, który przysiadł przy kontuarze, uśmiechnął się do karczmarza i, zamówiwszy cydr, odchylił się na krześle. Skądś go znała… Tylko skąd?
- Chandler…? - zapytała niepewnie Ignis i obróciła się w stronę nowoprzybyłego. Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem w szarych oczach i zmarszczył czoło, lecz po chwili uśmiechnął się szeroko.
- Na Bogów, Ignis, nie poznałem cię - zaśmiał się i przyciągnął dziewczynę do siebie, przytulając mocno. - Tak właśnie podejrzewałem, że również pojawisz się na spotkaniu.
Dziewczyna wtuliła się w niego uśmiechnięta, a jej nozdrza przepełniła znajoma woń.
- Tyle czasu się nie widzieliśmy - powiedziała i odchyliła trochę głowę w tył, by spojrzeć na twarz Chandlera, który był wyższy od niej o głowę. Chłopak uśmiechnął się doń.
- Owszem, tyle czasu. Ach, aż cztery lata - powiedział z cichym westchnięciem.
Chandler, który był dwie wiosny starszy od Dannyla właśnie te cztery lata temu wyjechał wraz z rodzicami do innego miasta, daleko stąd. Od tego czasu nie widywali się z nim.
Po dłuższej chwili wyzwolili się z objęć, szczerząc się do siebie. Szarooki zaproponował, by zajęli już jakiś stolik, na co przystała.
- Kiedy wróciłeś do miasta? - zapytała, podczas gdy przenosili się na wolne miejsca w kącie sali.
- Tydzień temu. Nie miałem czasu wcześniej się z wami zobaczyć - powiedział, siadając przy stoliku. Ignis zajęła krzesło obok.
- Na długo przyjechałeś?
- Zalazłem tu pracę, także mam nadzieję, że na dłużej - uśmiechnął się i przeczesał palcami ciemnobrązowe, podchodzące pod czerń włosy. - Słyszałaś, co się dzieje na południu?
Dziewczyna pokręciła głową, odchylając się.
- Zamieszki, morderstwa. Ludzie obawiają się wojny. Na razie się na to nie zapowiada aż tak, ale nie wiadomo, co się może stać - chciał coś jeszcze powiedzieć, gdy przerwała mu czyjaś głośna kłótnia od strony wejścia do karczmy.
Przy drzwiach stała dwójka bardzo podobnych do siebie chłopaków w wieku dziewczyny. Wszyscy w karczmie skierowali na nich wzrok, szepcząc miedzy sobą.
- Ja ci mówię, że to spotkanie było już wcześniej, durniu! - krzyknął jeden z nich, szatyn z ciemnozielonymi oczami.
- Nie! Jestem pewien, że to teraz! - odparł drugi, również szatyn, lecz ten miał szaroniebieskie oczy niczym zachmurzone niebo.
- To niby gdzie oni są?
Ignis i Chandler spojrzeli po sobie i równocześnie wybuchnęli śmiechem. Philip i Russel. Chyba najbardziej kłótliwe rodzeństwo w mieście jakie znali. Gdziekolwiek byli i cokolwiek robili, stale kłócili się o byle co jak w tym momencie.
Dziewczyna wraz z szarookim wstali z miejsca i podeszli do nich. Po ciepłym przywitaniu się braci z Chandlerem i chwili rozmowy wrócili z powrotem do stolika.
- Ha, mówiłem, że to teraz - powiedział niebieskooki Russel, prostując się, zadowolony. Philip wymruczał coś tylko pod nosem i usiadł przy stoliku.
Chwilę później pojawił się Edward, raczej cichy, ale bardzo zwinny chłopak. Gdy nie wiedziało się, gdzie go znaleźć, najlepiej było wejść na któryś z dachów i rozejrzeć się stamtąd, zaś on gdzieś na pewno tam był. Jako młodszy kradł różne rzeczy z bazarów i włamywał się do domów i sklepów, lecz teraz już tak nie robił. Tymczasem przybył na miejsce wraz z Dannylem.
- Jesteśmy już chyba wszyscy - powiedział Chandler z uśmiechem, gdy każdy pozamawiał dla siebie trunek.
- A James? - zapytał Philip.
- Nie mógł przyjść - powiedział Dannyl i wstał z kuflem w ręce. - To jak, wznosimy toast?
Wszyscy mruknęli z aprobatą i unieśli swoje naczynia z cydrem. Oczywiście nie obyło się bez kłótni braci.
- To jest mój kufel - warknął Russel wskazując na ten z większą ilością trunku.
- Nie, to jest mój! Ty miałeś mniej - odparł Philip.
- Weźcie obojętne, który, jaka to różnica - powiedział Chandler.
- Taka, że w jednym jest więcej! - krzyknęli równocześnie. Dannyl westchnął i złapał za wypełniony większą ilością cydru kufel, a następnie upił tyle, by było równo.
- Ale … - zaczął Philip.
- Chyba teraz jest dobrze, nieprawdaż? - powiedział Dannyl spokojnie, ale stanowczo. Bracia mruknęli coś pod nosem i złapali za naczynia, naburmuszeni. Pozostali zaśmiali się.
- Wracając do toastu. Za spotkanie. I oby w przyszłości było ich więcej!
- Za spotkanie! - powiedzieli wszyscy, stukając się nawzajem kuflami.

Powoli zaczynało się ściemniać. Mrok z chwili na chwilę pochłaniał miasto, otulając je ciemną zasłoną. Słońce już prawie zniknęło za horyzontem i zwolniło miejsce srebrnej tarczy księżyca. Coraz mniej ludzi można było spotkać na ulicach. Pojedyncze lampy przy karczmach lub domach słabo oświetlały pozostałe części ulic.  
Ignis wraz z Dannylem zaśmiali się głośno po raz kolejny, wracając ze spotkania. Przebiegłoby ono wręcz wspaniale, gdyby nie to, że brakowało Jamesa. Nikt do końca nie wiedział, czemu go nie było.
- Edward wyglądał świetnie, gdy wybuchnął śmiechem i równocześnie pociekł mu cydr z nosa - zaśmiał się Dannyl, wspominając zaistniałą sytuację. Ignis wyszczerzyła się i razem skręcili w jedną z innych ulic. Przez chwilę szli w ciszy, co jakiś czas podśmiewając się pod nosem.
W pewnym momencie dziewczyna zamyśliła się. Zapytała dzisiaj chłopaków czy może znają skądś sztylet zabrany obcemu, który niedawno ją zaatakował. Wczoraj jeszcze przyglądnęła mu się dokładniej, naszkicowała jego kopię i pokazała na spotkaniu. Wróciła myślami do tamtej chwili.

- Co o tym sądzicie? - zapytała Ignis, przesuwając na środek stołu kawałek kartki ze szkicem. Na ostrzu wygrawerowana była róża w plątaninie kolców. - Wiecie może, kto używa takich sztyletów?
- Nie mam pojęcia - powiedział Chandler.
Reszta osób powiedziała to samo, po kolei oglądając rysunek. Nikt nie potrafił odpowiedzieć na jej pytanie.

Nagle do uszu czarnowłosej doszły niezrozumiałe dla niej szepty. Rozglądnęła się, lecz nikogo nie dostrzegła.  Zmarszczyła brwi, idąc dalej.
Byli już prawie pod domem. Znów szepty. Tym razem jakby tuż za nią.
Obróciła się szybko.
 Nic, pusta ulica. Pokręciła głową, odgarniając włosy z twarzy.
Lecz po chwili coś dostrzegła.
W małej uliczce obok unosił się czarny dym, zasłaniając jej dalszą część. Szepty, które stawały się coraz głośniejsze, zaczęły zagłuszać mówiącego do niej Dannyla.
- Ignis? - zapytał chłopak i zatrzymał się, przyglądając dziwnie zachowującej się siostrze. Jednak czarnowłosa go nie słuchała.
Dziewczyna, która powoli podeszła do wylotu alejki, położyła dłoń na szorstkiej ścianie i, zaintrygowana, przyglądnęła się dziwnemu zjawisku. Wydawało jej się, że już to kiedyś widziała… Że to zna.
 - Ignis, co jest? - powtórzył chłopak i, podszedłszy do pobladłej czarnowłosej, położył rękę na jej ramieniu, delikatnie ściskając. Dziewczyna wzdrygnęła się i spojrzała na niego nieprzytomnie, następnie z powrotem na uliczkę. Dym zniknął, a szepty umilkły.
- Nic… wszystko ok - powiedziała niepewnie. Brązowowłosy uniósł jedną brew i wzruszył ramionami, ruszając dalej ulicą. - Zaczynam świrować - mruknęła dziewczyna pod nosem i, spojrzawszy ostatni raz na alejkę, szybko dogoniła Dannyla.
Resztę drogi do domu spędzili w ciszy. Gdy znaleźli się już w mieszkaniu, Ignis tylko przywitała się z matką i, zamyślona, ruszyła do swojego pokoju. Czuła na sobie wzrok Rose i Dannyla, słyszała ich szepty. Tak bardzo miała ochotę im powiedzieć, co widziała, lecz obawiała się ich reakcji.
- Co jej się dzieje? - spytała matka, zaintrygowana.
- Nie mam pojęcia - odmruknął chłopak - Od wczoraj zachowuje się jakoś dziwnie.
Nagle, w drodze na górę, czarnowłosa po raz kolejny usłyszała dziwne szepty. Zatrzymała się w połowie schodów i zacisnęła kurczowo dłoń na poręczy, wsłuchując się niepewnie.
Dobiegały z jej pokoju.
- Signa… sanguinem… - zdawało się słyszeć wśród niezrozumiałych głosów. Nie wiedziała, co ich słowa znaczą. Szybko wbiegła po schodach i wpadła do pokoju.
W środku panował chłód, a przez otwarte okno wpadało jasne światło księżyca, po części oświetlając pomieszczenie. Szepty umilkły. Zostawiły po sobie dziwną ciszę.
Coś jej tu nie pasowało...
Dopadła stolika, nerwowo rozrzucając notatki i szkice na wszystkie strony. Wreszcie usiadła ciężko przy stole.
Sztylet zniknął.
***
Tak, wiem. Znów zawaliłam z terminem, wybaczcie ;-; Cóż, muszę się wytłumaczyć. Z początku mojemu pisaniu przeszkodziło moje własne lenistwo. A gdy rozdział był już gotowy, jak zawsze inteligentna ja zalałam klawiaturę sokiem. No cóż, ale cieszę się, że w końcu się udało go wstawić, ale uprzedzam, że w najbliższym czasie rozdziały mogą pojawiać się później, gdyż nie wiem kiedy naprawię klawiaturę. Jeszcze raz przepraszam i trzymam kciuki iż dzisiejszy rozdział przypadnie wam do gustu ^.^