czwartek, 8 sierpnia 2013

Rozdzial III

            Ignis, trąc oko, po omacku zeszła powoli na dół. Coś nie dawało jej porządnie zasnąć, więc budziła się cały czas. Ziewnęła głośno i weszła do małej kuchni, po czym wymruczała niewyraźne przywitanie do kobiety przy piecu, którą była jej matka. Ta zaś uśmiechnęła się szeroko do czarnowłosej, odpowiadając. W niektórych miejscach jej twarz pokrywały zmarszczki, lecz kobieta nie straciła na swoim dawnym uroku. Odgarnęła kosmyk brązowych włosów upiętych w warkocz. Były one przyprószone tu i ówdzie siwizną. Na widok córki zmarszczyła czoło i przyglądnęła się dziewczynie z krytyką w zielonych niczym leśny mech oczach.
-Ignis, ty jeszcze śpisz? – zapytała Rose, mama dziewczyny i wskazała palcem na krzywo zapięte guziki koszuli. Czarnowłosa ziewnęła jeszcze raz i spod przymkniętych oczu zerknęła w dół. Nie wiedziała, o co chodzi. Kobieta zaś zaśmiała się i podeszła do niej, aby poprawić zapięcia. Poklepała ją delikatnie po policzku, chcąc obudzić troszkę córkę, po czym odwróciła się z powrotem do pieca. Dziewczyna wymruczała podziękowanie i opadła ciężko na krzesło przy stole, na którym stały już miski z owsianką. Złapała za łyżkę i z cichym westchnięciem zaczęła mieszać powoli śniadanie. Zupełnie nie miała apetytu.
Równocześnie ze schodów zbiegł Dannyl, uśmiechnięty i rześki jak zwykle. Wyszczerzył się do mamy i, stanąwszy przy drzwiach, oparł się ramieniem o framugę.
-Co dzisiaj na śnia… – nie dokończył, bo dostrzegł swoją siostrę przy stole, obróconą do niego plecami i dziwnie pochyloną nad stołem - …danie?
Spojrzał pytająco najpierw na Ignis, następie na matkę. Rose spuściła luźno ręce wzdłuż tułowia, zamknęła oczy i przechyliła głowę na bok, udając, że śpi. Dannyl uśmiechnął się chytrze i zaczął powoli skradać do siostry.
Ignis ziewnęła głośno i przymknęła oczy, nieświadoma niczego. Chłopak właśnie w tym momencie złapał za barki dziewczynę.
-Pobudka! – krzyknął prosto do ucha brązowookiej, nachyliwszy się nad nią. Ta zaś podskoczyła na siedzisku, wylewając trochę owsianki na stół.
-Dannyl! – warknęła dziewczyna, która rzuciła się w pogoń za uciekającym, roześmianym chłopakiem. Rose pokręciła głową, uśmiechając się łagodnie, i złapawszy za szmatkę, zaczęła zmywać wylaną papkę.
-Jak oni uwielbiają sobie dogryzać – westchnęła. Głośny rumor rozległ się z salonu, a po chwili śmiech rodzeństwa rozbrzmiał w całym domu. Dannyl i Ignis dogadywali się jak mało kto i, choć czasem nie było między nimi zgody, zawsze byli gotowi wesprzeć siebie nawzajem.
Zmartwiona Rose usiadła przy stole, zamyślając się. Właśnie, Ignis. Matka zauważyła, że wróciła wczoraj jakaś niemrawa, nie odzywała się prawie w ogóle oprócz niewyraźnego „dzień dobry” przy wejściu. Od razu poszła na górę i zamknęła się w swoim pokoju, nie wychodząc ani razu. Na dodatek dzisiaj taka niewyspana…
Wkrótce czarnowłosa weszła do kuchni, na pierwszy rzut oka naburmuszona, lecz kąciki jej ust samowolnie wędrowały do góry. Dannyl wszedł tuż za nią, wyszczerzony jak zwykle. Obydwoje usiedli przy stole i z powrotem zabrali się za śniadanie.
-Tata jeszcze nie wrócił? – zapytał chłopak, gdy odsunął już po krótkiej chwili pustą miskę. Rose kiwnęła głową i przełknęła owsiankę.
-Droga do Juvral zajmuje dzień drogi w jedną i dzień w drugą stronę, więc powinien być już wczoraj w domu – powiedziała i, nabrawszy kolejną łyżkę wyglądnęła przez okno. Dannyl z Ignis pogrążyli się w rozmowie, spekulując, jak mogła minąć podróż i co się mogło stać. Po chwili Rose zmarszczyła czoło i odłożyła sztuciec.
-O wilku mowa – mruknęła i wstała od stołu, by nalać owsianki. Rodzeństwo spojrzało na siebie pytająco, po czym równocześnie wyjrzeli przez okno.
Ciche kliknięcie zamka i trzaśnięcie drzwi oznajmiło przybycie ostatniego członka rodziny. Wysoka i chuda postać wsunęła się do kuchni, siadając ciężko przy stole. Kruczoczarne, rozwichrzone włosy przysłaniały po części bladą twarz. Wysokie kości policzkowe były ładnie widoczne, a mocno zarysowaną szczękę pokrywał kilkudniowy zarost. Te same, co u jego potomstwa oczy były teraz podkrążone, a ich spojrzenie niewyraźne. Odziany w czarny niegdyś, teraz poplamiony w niektórych miejscach nie wiadomo czym płaszcz. Cześć srebrnej kolczugi, przykrywającej umięśnione ciało i rękojeść miecza, która wystawała spod wierzchniego odzienia, mogła oznaczać, iż mężczyzna jest rycerzem lub kimś tego pokroju. Był on jednak zwykłym sierżantem straży w mieście.
Edgar, bo tak miał na imię mężczyzna, uśmiechnął się blado do swoich pociech i, wymieniwszy słowa przywitania, odchylił się na krześle.
-Opowiadaj – powiedziała Rose i, po postawieniu miski przed mężem, dała mu całusa w policzek – Były jakieś komplikacje? – dodała i usiadła obok, a rodzeństwo nastawiło uszu.
-Transport więźnia to jednak nie taka prosta sprawa – zaczął ojciec – Podczas drogi do Juvral jego koleżkowie próbowali go odbić na jednym z traktów. Nie powiem, walczyć umieli, lecz nie byli na tyle zorganizowani, by nas pokonać. W jednej trzeciej drogi zaatakowali nas tamtejsi bandyci – Edgar zaśmiał się. – Głupi, myśleli, że w tak obstawionym przez straże wozie transportujemy złoto lub jakieś inne kosztowności. Od razu ich zabraliśmy ze sobą do więzienia. Na miejscu…
Gdy mężczyzna dalej opowiadał, Dannyl spojrzał znacząco na Ignis i wraz z nią wyszedł po cichu z kuchni.
 -Idziesz dzisiaj z nami do karczmy ojca Jamesa? – zapytał chłopak, wchodząc za siostrą po schodach. – Najprawdopodobniej będą wszyscy.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i kiwnęła głową na znak, iż idzie. W sumie czemu nie. Dawno już razem nigdzie nie byli.
-Dobra, to bądź tam po południu– powiedział chłopak i ruszył korytarzem do swojego pokoju, gwiżdżąc jakąś wesołą melodię. Ignis spojrzała z uśmiechem za nim i pokręciła głową po wejściu do sypialni.
Jakiś czas później czarnowłosa, która nie miała nic do roboty w domu, zeszła na dół. Z kuchni było słychać przyciszone głosy obojga rodziców. Dziewczyna zarzuciła płaszcz na ramiona i wsunęła się do pomieszczenia.
-Wychodzę na cały dzień. Będę wieczorem – powiedziała do rodziców. Mama kiwnęła głową i po wytarciu miski podniosła na nią wzrok.
-Uważaj na siebie – uśmiechnęła się łagodnie i odstawiła naczynie, sięgając po kolejne.
Już miała wychodzić, gdy Edgar uniósł się z krzesła i zatrzymał ją.
-Poczekaj, przejdę się z tobą, muszę iść złożyć raport – powiedział. – Tylko się przebiorę – dodał i poszedł na górę.
-Nie zdrzemniesz się nawet? – zapytała Rose, marszcząc czoło, gdy mężczyzna po chwili wrócił do pomieszczenia.
-Wolę już teraz wszystko załatwić – uśmiechnął się blado i, zarzuciwszy brązowy płaszcz, pocałował żonę w policzek.
Ignis wyszła z domu wraz z ojcem, po czym ruszyli razem ulicą w stronę placu, rozmawiając o różnych błahych rzeczach. Poranne słońce oświetlało powoli budzące się do życia miasto. Co chwilę z jakiegoś sklepu wychodzili sprzedawcy i ustawiali to skrzynki z owocami, to jakieś błyskotki przed swymi lokalami. Po pewnym czasie spaceru obydwoje zatrzymali się na skrzyżowaniu ulic i pożegnali, kierując każdy w swoją stronę.
Dziewczyna schowała ręce do kieszeni i kopnęła kamyk, rozkoszując się panującą jeszcze o tej godzinie ciszą. Już wkrótce spieszący się do pracy ludzie zaczną zapełniać ulice i blokować w niektórych miejscach ruch. Będą przekrzykiwać się i hałasować. Utworzą grupki plotkujących o wszystkim i o niczym starszych pań i młodych dziewcząt, które rozmawiają o najnowszych falbankach i fasonach. Ach, jak bardzo nienawidziła tłumów.
Prawie całą godzinę zajęło jej spacerowanie po uliczkach i rozmyślanie nad różnymi rzeczami jak to miała w zwyczaju. Z cichym westchnięciem skierowała swoje kroki na mniejszy plac. Na jego środku wznosiła się fontanna. Była ona ozdobiona misternie stworzonymi płaskorzeźbami. Przedstawiały one pnące się i wijące do samego szczytu winorośle.
Przyjemna dla ucha cisza, mieszająca się z szumem wody, rozluźniła dziewczynę, która usiadła na brzegu fontanny i pogładziła zdobienia. Z łagodnym uśmiechem przyglądała się błyszczącym w promieniach słońca kroplom, opadającym w dół. Część z nich wylądowała na jej bladej, wystawionej do słońca twarzy.
Z czasem coraz więcej osób zeszło się na plac. Może zostałaby jeszcze chwilę, ale gdy na miejscu pojawiły się dzieci biegające i wydzierające się, które przerwały przyjemną ciszę, i gdy coraz bardziej zaczynało grzać, Ignis czym prędzej zebrała się. Zerknęła na pozycję słońca. Wyraźnie wskazywała ona samo południe. Z braku innych pomysłów skierowała swoje kroki do karczmy.
Jak zwykle w środku panowało większe gorąco niż na zewnątrz. Nie było dużo ludzi na miejscu. Jedynie kilka osób siedziało przy stolikach i popijało jakieś trunki.
Przywitała się z ojcem Jamesa i, zamówiwszy cydr jak zwykle, usiadła przy kontuarze i ściągnęła płaszcz. Westchnęła cicho. Dzieliło ją jeszcze parę godzin do momentu spotkania. Co miała zatem robić, poza czekaniem tutaj?
                                                        ***
Witam ^.^ Cóż, wiem, że do tej pory bardzo nieczęsto wrzucałam rozdziały. Ale pora na zmianę >.< Będę się starać wrzucać co 2 tygodnie lub wcześniej kolejne rozdziały (o ile mój internet nie odmówi posłuszeństwa i moje lenistwo mi nie przeszkodzi w pisaniu). 
Jestem ciekawa czy oprócz dwóch osób ktoś jeszcze czyta moje wypociny.