środa, 24 kwietnia 2013

Prolog



Ciemna postać leżąca na ziemi poruszyła się delikatnie i wydała z ust przeciągły jęk. Odgłos ten odbił się od ścian niedużego pomieszczenia, który po chwili ucichł na powrót pogrążając pomieszczenie w nieprzyjemnej ciszy. Istota powoli podniosła się na kolana i, podparłszy się rękami, charknęła cicho.
Krople krwi opadały na zimną posadzkę, łącząc się w jedną, rozszerzającą się kałużę zaraz obok kościstych dłoni rannego. Długie, granatowe niczym nocne niebo włosy zasłoniły jej twarz, która z całą pewnością nie wyglądała w tej sytuacji dobrze. Z bladych, wąskich ust wypływała posoka, brudząc brodę i skapując w dół. Ciało plecach tej że osoby przysłaniała poszarpana koszula., a fioletowe plamy i głębokie rany przecinające skórę zostawiły ślad po niedawno stoczonej walce. Na jednej stronie obojczyka błyszczało się coś czerwonego. 
Bynajmniej nie była to krew.
W pomieszczeniu panował półmrok. Przez małe, zakratowane okienko na górze, które było jedynym źródłem światła w pomieszczeniu, sączyły się słabe promienie słońca, oświetlając przeciwną ścianę i część ciężkich, metalowych drzwi. Po chwili ciche piszczenie dobiegło spod ściany do uszu więźnia. Powoli obrócił głowę w tamtą stronę, oddychając głęboko. Nieduży szczur patrzył się na niego małymi żółtymi oczkami i przekrzywił główkę z ciekawością, przysiadłszy na tylnych łapkach i podwinąwszy ogon pod siebie. Trwali tak, przypatrując się sobie, jednak gdy postać poruszyła się delikatnie, zwierzę szybko uciekło i piszcząc cicho, znikło w dziurze.
Granatowo włosy westchnął, a z jego ust ściekło jeszcze parę kropel krwi. Był wyczerpany. Nie poruszył się już więcej, nie chcąc wywołać więcej bólu w plecach i czekając. Nie wiedział na co czekał. Na jakiś dźwięk? Coś lub … kogoś? Nie wiedział, ile spędził czasu w bezruchu, wdychając zgniłe powietrze, zanim usłyszał czyjeś niewyraźne głosy, które z chwili na chwilę zbliżały się. Postać spięła wszystkie swoje mięśnie i przygotowała się na wszystko.
Ciężkie, żelazne drzwi od celi otworzyły się z hukiem i wpuściły do pomieszczenia rażące światło, równocześnie wzbijając chmarę pyłu, który zalegał na posadzce. Postać jęknęła i wypluła więcej czerwonej cieczy. Jeden ze strażników, ktory niósł zapaloną pochodnię, uśmiechnął się szyderczo i podszedł doń.
- O, czyżby nasz „gość” już się obudził? – odezwał się głośno i równocześnie przejechał dłonią po jeszcze świeżych ranach na jego plecach. Postać zadrżała lekko, lecz nie odezwała się ani słowem. Strażnik zaśmiał się, oraz nachylił się nad nią tak, że jego twarz znajdowała się na tym samym poziomie, co więźnia.
Ten zaś uniósł wzrok. Czerwone tęczówki, niczym posoka rozlana na ziemi, zabłyszczały się w świetle pochodni. Szkarłatne oczy wpatrywały się z dużą pewnością i spokojem w oblicze strażnika. Nie było w nich choćby cienia strachu. Więzień miał chudą, bladą twarz, wysokie kości policzkowe wyraźnie się na niej odznaczające. Kąciki ust mężczyzny wygięły się w lekkim uśmiechu, który objął również oczy. Nie odzywał się.
Strażnik ściągnął brwi, wyraźnie zdziwiony opanowaniem granatowowłosego. Jednak po chwili wyprostował się, dawszy znak drugiemu. Obydwoje wzięli pod ramiona mężczyznę i, zmusiwszy by podniósł ręce z ziemi, opuścili celę. Więzień zmrużył oczy, powoli przyzwyczajając się do światła pochodni zapalonych na korytarzu. Szedł powoli i ledwo podnosząc nogi, szurał nimi.
Jego włosy znów opadły na opuszczoną twarz, nie pozwalając dostrzec nic prócz wąskich, zakrwawionych  ust. Wspięli się po schodach, popychając co chwila rannego, by szedł szybciej.
Chwilę później wyszli z podziemi i ruszyli szerokim korytarzem, aby po chwili dojść do ogromnych wrót. Strażnik ze zgaszoną już pochodnią pchnął je, otwierając jedno ze skrzydeł.
Oczom więźnia ukazała się ogromna sala, w której przeważała głównie ciemna kolorystyka. Z wysokiego, ozdobnego sufitu zwisały ciężkie, srebrne żyrandole, aktualnie zgaszone. Czarno białe witraże, sięgające aż do sklepienia, wpuszczały słabe promienie słońca, oświetlając marmurową posadzkę. Nie przedstawiały nic konkretnego, jednak było w nich coś niepokojącego. Również szare kolumny nadawały temu pomieszczeniu typowego, mrocznego charakteru.
Pod równoległą ścianą na podwyższeniu stał ogromny, hebanowy tron, zdobiony płaskorzeźbami. Większość z nich przedstawiała ciernie owijające się niczym węże wokół podłokietników i oparcia. Resztę stanowiły wyrzeźbione w drewnie róże. Środek, cześć oparcia i podłokietniki zostały obite czarną skórą, zapewniając wygodne siedzisko. Misterne, zapewne nie tylko jednego artysty dzieło robiło duże wrażenie.
Lecz to nie tron przyciągał największą uwagę. Na tym właśnie krześle siedziała wysoki mężczyzna, okryty czarną peleryną. Fałdy atłasowego materiału spływały łagodnie po schodkach, zakrywając je. Postać przewiesiła jedną nogę przez podłokietnik i oparła się plecami o drugi. Białe poszarpane włosy sięgały do mocno zarysowanej szczęki. Jedno z pasemek opadało na blade czoło. Oczy miał zamknięte, a twarz pokryta cieniem, nie wyrażała żadnych emocji. Prawą dłonią zaciśniętą lekko w pięść, podpierał głowę.
Podeszli bliżej, a strażnik popchnął więźnia brutalnie na zimną posadzkę. Opadł na kolana, podpierając się dłońmi tak, jak w momencie, gdy strażnicy zastali go w celi.
- Panie … Przyprowadziliśmy go – powiedział mężczyzna z pochodnią, kłaniając się. Postać na tronie otworzyła oczy. Jej źrenice błysnęły złotem, niczym cenny kruszec, którym były wypełnione skarbnice bogatszych.
Mężczyzna odrzucił płaszcz na bok, wstając i powoli schodząc z podwyższenia. Jego wężowe oczy spoglądały z obrzydzeniem na klęczącego więźnia, zamieniając się w wąskie szparki. Wyraźnie słyszalne szuranie peleryny o posadzkę rozdzierało ciszę panującą w sali, gdy mężczyzna nieubłaganie zbliżał się do nowo przybyłych.
- Nie łatwo było cię schwytać – odezwał się, powoli przechadzając się obok ciemnowłosego mężczyzny. Ten zaś uśmiechnął się szyderczo i podążał wzrokiem za spacerującym żółtookim.
- Też się cieszę, że cię widzę – powiedział cicho i nie poruszył się choćby o milimetr – Cóż za ironia. Kiedyś walczyliśmy razem, a teraz … - dodał, przekrzywiając głowę. Nocte, bo tak miał na imię więzień, wytarł wierzchem dłoni strużkę krwi spływającą po brodzie. Lecz po chwili na jego czoło zmarszczyło się, a oczy poczęły wpatrywać się nieufnie w oprawcę. Szyderczy uśmiech i te pewne spojrzenie zaniepokoiło więźnia. Źrenice zmniejszyły się, gdy uświadamiał sobie … Szybko skierował wzrok na nadgarstek, zwężając oczy. W pobliżu tętnicy przebiegała podłużna rana, jeszcze do końca nie zasklepiona. Teraz już rozumiał, czemu aż w takim stopniu opuściły go siły.
- Ty … - powiedział wściekły, zwracając krwistoczerwony wzrok z powrotem na czarnowłosego.
Ten zaś zaśmiał się, wykrzywiając blade usta w szyderczym uśmiechu. Jego barki zatrząsnęły się. Powoli sięgnął do pasa, wydobywając niedługi sztylet ozdobiony klejnotami przy trzonie i nachylił się nad Nocte, podnosząc jego podbródek do góry.
- Mam już to czego chciałem: krwi – powiedział cicho – Wiec nie jesteś mi już potrzebny – dodał, przejeżdżając językiem po wargach i odgarnął białe pasemko ze swojej twarzy – Obiecuję, że właściwie wykorzystam twój dar – powiedział jeszcze ciszej, z nutką ironii w głosie. Nocte milczał, wpatrując się tylko bez strachu w żółte oczy.
Białowłosy położył dłoń na jego ramieniu i przystawił sztylet do jego brzucha. Pchnął delikatnie, lecz stanowczo, a ostrze gładko wsunęło się w jego ciało. Czerwonooki nie wydał z siebie przez ten czas ani jednego dźwięku, za to w jego oczach pojawił się ból i współczucie dla mordercy. Przekrzywił głowę i uśmiechnął się krzywo, lecz delikatnie, niczym do małego dziecka.
Zabójca odsunął się od niego, wydobywając zakrwawiony sztylet i prostując się. Nocte osunął się z klęczek na ziemię bezwładnie. Wokół niego powstała kałuża krwi, wypływająca z ciemnej rany na brzuchu.
- Zabierzcie go – powiedział beznamiętnie do strażników żółtooki i wytarł sztylet.
Naglę ciszę panującą w pomieszczeniu przerwał czyjś śmiech. Barki wciąż jeszcze żyjącego Nocty trzęsły się pod wpływem chichotu, a kałuża powiększyła się jeszcze trochę.
- Uważasz to za dar – powiedział cicho – Lecz to przekleństwo, które cię opanowuje. Nie wiesz jak się tego pozbyć, więc pozwalasz mu nad sobą panować, wyniszczać twą duszę – dodał jeszcze ciszej, wypluwając krew – Nie wiesz, co się kryję za tymi drzwiami, a jednak zbierasz krew, by je otworzyć, bo „to” cię do tego zmusza – wyszeptał, podnosząc wzrok na milczącego białowłosego. – Pamiętasz o przepowiedni co nie, Shade? – dokończył, przekrzywiając głowę. Po chwili jego oczy stały się puste i mętne, a martwe ciało opadło na zimny marmur.
Shade stał w miejscu, wyprostowany i sztywny, nie wiedząc co powiedzieć. Milczał więc.
- Panie …? – zapytał niepewnie strażnik i zrobił krok w jego stronę. Białowłosy drgnął i uniósł beznamiętny wzrok z ciała Nocty.
- Zabrać go – warknął tylko i odwróciwszy się, wrócił na miejsce na tronie.

1 komentarz:

  1. Witaj. Jako twoja beta powinnam raczej komentować opowiadanie, więc już się do tego biorę. Pierwszy komentarz, awh.
    Po pierwsze jednak, nie bacząc na grzeczności. Błędy. Błędy i błędy. Stylistyczne i logiczne. Większość poprawiłaś, ale nadal jest ich dużo. Następnym razem wysyłaj mi też poprawioną wersję.
    Po drugie, Nocte. No chciałam, żeby żył. Noo bo, no. Bo Racu chce.
    Nuh. Cóż tu mogę jeszcze dodać? Postaram się komentować, chociaż nie umiem. I spróbuję kogoś zaciągnąć i tu. Weny życzę, snu i spokoju ^w^

    OdpowiedzUsuń