Witajcie,
zauważyliście pewnie, że od czterech miesięcy nie pojawia się żaden rozdział. Chciałabym was za to bardzo przeprosić, gdyż zdecydowanie postawiłam sobie za wysoką poprzeczkę i ciężko mi napisać kolejny rozdział na tyle dobrze, by nadawał się do czegokolwiek. Przez bliżej nieokreślony czas nie będą pojawiały się na tej stronie rozdziały, dopóki za przeproszeniem "nie ogarnę dupska" i nie napiszę czegoś sensownego.
Jest to dla mnie duży ból, ale jeżeli chcę, by to wszystko miało ręce i nogi, muszę poczekać. W ramach przeprosin rozdział, który pojawi się jako następny będzie naprawdę długi, a do wszystkich już wystawionych dołączę ilustracje samodzielnie przeze mnie wykonane.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie, choć tak naprawdę zasługuję tylko na mocnego kopniaka.
Annisa
PS: Na czas zastoju na tym blogu, otworzę nowego, w którym będę umieszczała krótkie historie, dzięki którym może odzyskam wenę i nabiorę doświadczenia. Informacje o nowościach będą umieszczane tutaj.
Krew Demona
niedziela, 27 kwietnia 2014
sobota, 11 stycznia 2014
Rozdzial VI
Najpierw zrobiła krok. Zawahała
się. Następnie kolejny.
Już po chwili biegła w stronę bramy. Przez jej
głowę przebiegało w szybkim tempie tysiące myśli, zasiewając w jej sercu powoli
powiększający się strach. Ubita ziemia na trakcie szurała pod nogami, podczas
gdy czarnowłosa w szybkim tempie przemierzała pozornie niedużą odległość do
wjazdu. Wydawało się, że minęły wieki zanim wreszcie wbiegła do
przypominającego teraz ogromne ognisko miasta.
Żar i smród uderzyły Ignis w twarz. Tak bardzo
znane jej budynki zamieniły się w pochodnie. Języki ognia oplatały je,
wdzierały się do środka i pochłaniały wszystko na swojej drodze, zamieniając w
ruinę wszelkie domy, sklepy i uliczki. Wszystko stało w ogniu.
„Wszystko.”
Nie przestawała biec. Pył i kawałki niedopalonych
materiałów wirowały się w powietrzu. Pojedynczy ludzie w około niej uciekali w
popłochu, starając się uciec przed rozszerzającym się pożarem. Matki płakały,
nie mogąc odnaleźć swoich pociech wśród już powoli walących się budynków.
Jej serce zabiło mocniej.
A co z jej rodziną? Ze znajomymi?
Starała się nie dopuszczać tych najgorszych myśli
do głowy.
„Przecież nie mogli…”
Pokręciła głową i narzuciła na głowę kaptur. Nie
chciała nawet o tym myśleć. Wiedziała, że ryzykuje wbiegając prosto do
płonącego miasta, lecz nie mogła się powstrzymać. Chciała wiedzieć czy wszyscy,
których kocha, na których jej zależy… Czy żyją. Czy udało im się uciec.
Idiotka.
Od tych myśli odciągnął Ignis huk tuż nad nią. Części
walącego się budynku leciały prosto w stronę brązowookiej. Dziewczyna rzuciła
się przed siebie, w ostatniej chwili unikając deszczu cegieł i płonących belek.
Jej ciało upadło na ziemię, a zaraz za nim z dużą siłą uderzyły ogniste
pociski. Obróciła się szybko na plecy i odsunęła kawałek od tego miejsca. Serce
czarnowłosej biło w zawrotnym tempie, a jej oczy z przerażeniem wpatrywały się
na zawaloną drogę.
Mało brakowało, a
zostałaby przygnieciona przez kupę gruzu.
Czyjeś krzyki i głośne śmiechy dobiegły do uszu
Ignis, zwracając jej uwagę. Podniosła się z ziemi i lekko drżącymi rękami
strzepnęła kurz z ubrania. Nogi mimowolnie wykonały kilka kroków w stronę, skąd
dobiegały odgłosy. Dziewczyna zatrzymała się, zerkając do tyłu niepewnie.
Zawalone belki i cegły stworzyły coś w rodzaju płonącej blokady, tak jakby
miasto nie chciało jej już wypuścić. Musiała iść dalej, nawet jeżeli by nie
chciała. Jej dłonie zacisnęły się w pięści, a ona sama ruszyła szybkim krokiem
przed siebie.
Będąc już blisko źródła dziwnych odgłosów,
wychyliła się ostrożnie zza budynku. Zaskoczona zasłoniła usta, nie mogąc
uwierzyć w to co właśnie ujrzała.
Na ziemi leżały martwe ciała strażników. Ich
mundury przyozdobione były szkarłatną krwią, wyraźnie odznaczającą się na
zielono-białym tle tkanin. Kilkunastu mężczyzn wyzionęło ducha, znikając z tego
świata, jednakże to nie płomienie był przyczyną ich śmierci. Blade twarze,
wytrzeszczone oczy wpatrzone w nieznany punkt i liczne rany na ciele zadane
przez białą broń.
Nie. Z całą pewnością nie zginęli przez pożar.
Nie mogła dłużej na to patrzeć. Jej drżąca postać
odwróciła się szybko plecami do cmentarzyska , a żołądek skurczył się
niemiłosiernie. Mocno podpierając się ściany, zwróciła wszystko, co zalegało
jej na żołądku na i tak brudną już ulicę.
Odetchnęła głęboko, wciąż nachylona nad ziemią.
Wśród poległych wojowników nie dostrzegła znajomej twarzy ojca. Jednakże… Tyle
krwi. Powstrzymała się przed ponownym zwymiotowaniem, zacisnąwszy dłoń na
pobladłych ustach.
„Ale… Kto ich zabił?”
Zmarszczyła czoło i odwróciła się z powrotem,
tknięta jakimś przeczuciem. Przyległa do ściany, by nie upaść i jeszcze raz
spojrzała na pobojowisko.
Postacie w ciemnych płaszczach, na które przedtem
nie zwróciła uwagi, przechadzały się pomiędzy trupami. Miecze dzierżone przezeń
były zabarwione brunatną posoką, z całą pewnością należącą do poległych. Mężczyźni
zabierali zmarłym bronie i podrzynali gardła niedobitkom, którzy próbowali
jeszcze błagać o życie, ewentualnie odpełznąć w desperackim akcie ucieczki.
Nie wiedziała, kim oni są. Armią? Jakąś bandą
przestępców?
Jedno było pewnie. Musieli mieć powód do ataku na
miasto.
Nagle tuż za sobą usłyszała rytmiczny tętent
kopyt. Szybko przylgnęła plecami do ściany budynku. Pędzący z dużą szybkością
wierzchowiec przebiegł tuż obok niej. Najwyraźniej jeździec nie zauważył
drobnej postaci dziewczyny, ukrytej w cieniu jeszcze stojącego budynku.
Postać dosiadająca karego rumaka zatrzymała go
przy jednym z mężczyzn, który kierował resztą grupy ze środka ulicy. Nie mogła
dostrzec jego ukrytej pod obszernym kapturem twarzy. Zwierzę zarżało głośno i
opuściło głowę w dół, najwyraźniej zmęczone po szybkim galopie. Wypuszczone
ciężko powietrze z nozdrzy ogiera poderwało pył uliczny w górę, który po chwili
z powrotem opadł na brudną ulicę.
- Nie znaleźliśmy jej, Thanorze - powiedział bez
żadnych ceregieli jeździec i oddał luźną wodzę rumakowi. – Nie ma jej w
południowej części miasta. Jesteś pewien…
- Gdzieś musi być – mruknął tamten, przerywając
mu. Ignis przysunęła się bliżej. Skądś znała ten głos. – Na pewno jest w
mieście. „Oni” też tu są i również jej szukają – powiedział rzekomy Thanor i
schylił się do jednego z żyjących jeszcze strażników. Z ust ledwo już oddychającego
mężczyzny ciekła krew, która spływała po bladej brodzie. Jego oczy wpatrywały
się ze strachem w oprawcę.
- Nje… Nje sabijaj mnje – powiedział
zachrypniętym, pełnym strachu głosem, plując krwią. Jednakże nie dane mu było
wypowiedzieć choćby jednego słowa więcej. Szybki ruch ostrza Thanora wystarczył,
by na jego szyi pojawiła się czerwona linia, a po chwili popłynęła brunatna
posoka.
- Jedź, weź resztę i rozpocznij poszukiwania we
wschodniej części. Nie hamujcie się. Macie ją znaleźć – powiedział, wycierając
sztylet i chowając do pochwy. Jeździec pokiwał głową i, spiąwszy konia, odjechał
szybkim galopem na wschód.
W tym samym czasie z nieznanego powodu znajomy
jej Thanor wydał parę rozkazów. Po
chwili na placu pojawił się podobny rumak do poprzedniego. Mężczyzna odebrał
wodze od prowadzącego go chłopaka i z lekkością dosiadł zwierzęcia, zwołując
wszystkich do siebie.
- Chłopcy! – zakrzyknął. – Nie poddajemy się.
Szukamy dalej. Dziewczyna musi gdzieś tu być.
Ignis zmarszczyła czoło, starając przypomnieć
sobie, skąd go kojarzy.
- Daję wam wolną rękę, ale macie ją znaleźć. Przy
okazji wyszalejmy się. Zrównajmy tę wiochę z ziemią! – ostatnie zdanie
wykrzyczał i, dobywszy oręża, uniósł go ku niebu, a jego rumak stanął dęba.
Po całej ulicy rozległ się głośny ryk aprobaty
mężczyzn, którzy również wyciągnęli swoje miecze, potrząsając nimi.
Radziłbym
ci się wycofać.
Gdy dziewczyna nie zareagowała na to
wypowiedziane przez nie wiadomo kogo zdanie, usłyszała kolejne, tym razem o
wiele donośniejsze. Jedno słowo rozbrzmiało z dużą siłą w jej umyśle, stając
się wręcz bolesnym sygnałem.
Nalegam.
- Kim jesteś? – mruknęła niepewnie i, odwróciwszy
się, przyległa plecami do ściany.
Nie otrzymawszy odpowiedzi, pokręciła gwałtownie
głową, zażenowana masując dłonią skroń.
„Gadasz do samej siebie idiotko.”
Nieprawda.
Zastygła w miejscu.
Chwila…
Nieistotne,
kim jestem. Zdecydowanie radziłbym ci się stąd wynieść. No, chyba, że chcesz
poznać bliżej tych „ przemiłych” panów. Ale podejrzewam, że nie… Prawda?
Odetchnęła głęboko. Musiała się z tym kimś
zgodzić. To kwestia kilku, może kilkunastu chwil, gdy w końcu zauważą ją,
kierując się na dalsze poszukiwania. Jednakże nie miała, jak się wycofać. Wzrok
Ignis omiótł najbliższy teren, lecz brakowało jej jakichkolwiek pomysłów.
Obróciła się przodem do ściany i, cofnąwszy o krok, spojrzała w górę. Okno, które
teraz stało się jej celem, znajdowało się na wysokości dwóch lub trochę więcej
metrów nad ziemią.
Powinno się udać.
Ignis wycofała się jeszcze o parę kroków i
ruszyła biegiem prosto na ścianę. Będąc już blisko podskoczyła, równocześnie
odpychając się nogą od ściany w górę, tak jakby wbrew prawom grawitacji chciała
po niej wbiec. Jej wyrzucone do góry ręce uczepiły się parapetu i już po
krótkiej chwili dźwignęła swoje ciało do góry, siadając na wąskiej powierzchni.
Podciągnięte szybko nogi znalazły dla siebie oparcie i już po chwili dziewczyna
stanęła na parapecie, zwrócona twarzą do ściany.
Jeszcze parę zwinnych ruchów wystarczyło, by
czarnowłosa znalazła się na dachu budynku. Nie ociągając się zbytnio, ruszyła
przed siebie pochylona. Uważała na każdy postawiony przez siebie krok.
Samo chodzenie po dachach było ryzykowne, a
ponieważ konstrukcje domów zostały poważnie naruszone przez pożar, stawało się
to podwójnym zagrożeniem. Sklepienie mogłoby się zapaść w każdej chwili, a
wtedy dziewczyna wpadłaby prosto w płonącą pułapkę. Westchnęła i szybko pozbyła
się z umysłu wizji jej samej spadającej właśnie w takową dziurę. Musi tylko
uważać, a wyjdzie z tej „przechadzki” bez szwanku.
Na ulicy rozbrzmiewały ostatnie rozkazy. Thanor
rozdzielał najprawdopodobniej mężczyzn na grupy, które miały poszukiwać tej
dziewczyny. Ciekawe, co było w niej takiego ważnego, że jej poszukują? Może
ukradła jakąś rzecz lub zrobiła coś, przez co zadarła z tymi ludźmi. Ale czemu
od razu palą całe miasto?
Zacisnęła zęby. Musi znaleźć rodzinę zanim całe
miasto na dobre utonie w gorących płomieniach. Przyśpieszyła kroku.
I to był błąd.
W połowie drogi jej noga nagle obsunęła się,
przez co Ignis straciła równowagę. Zamachała nerwowo rękami, szukając czegokolwiek,
co umożliwiłoby przytrzymanie się. Niestety nic nie było w jej zasięgu.
Czarnowłosa, upadłszy, poczęła zsuwać się coraz bliżej krawędzi dachu, a po chwili
runęła w dół.
W jej głowie rozbrzmiało pełne zażenowania
westchnięcie.
Równocześnie dziewczyna uderzyła z dużą siłą o
podłoże, a z jej ust wydobył się głuchy jęk. Część pleców ją bolała, jednakże
musiała wstać. Uniosła powoli tułów w górę, podciągając nogi pod siebie, i
zmarszczyła brwi.
Coś tu śmierdziało. Rozejrzała się, a po chwili
krzyknęła i w panice przesunęła się pod ścianę budynku, z którego przed chwilą
zleciała. Chwilę później tego pożałowała, czując narastający ból pleców.
Tuż obok miejsca, na które spadła, leżało truchło
strażnika. Z jego ust wypływała krew, a pusty wzrok kierował gdzieś ponad jej
ramię. Cały tułów miał pokryty w podłużnych cięciach. Ignis zacisnęła dłoń na
ustach, by nie zwymiotować po raz kolejny.
Po krótkiej chwili jej wzrok się zamazał. Poczuła,
że nie tylko plecy ją bolą, ale także i coraz mocniej pulsująca głowa. Drżącą ręką dotknęła tyłu
czaszki, sprawdzając czy nie cieknie krew. Ostatnie, co jeszcze usłyszała przed
straceniem przytomności, były męskie głosy. Chyba dwóch osób. Albo więcej.
Nie była pewna.
***
Przepraszam ;-; Naprawdę was wszystkich przepraszam. *pada na kolana i bije pokłony*
Po raz kolejny wstawiam rozdział po długim okresie czasu i naprawdę nie czuję się z tym dobrze. Będę robiła co w mojej mocy, by już kolejne posty pojawiały się w równych i w miarę możliwości krótkich odstępach czasu. Miejmy nadzieję, że coś z tego wyjdzie.
A tym czasem mam nadzieję, że ten spóźniony rozdział przypadnie wam do gustu.
piątek, 15 listopada 2013
Rozdzial V
Pierwsze promienie porannego
słońca wpadły do niewielkiej sypialni przez zamknięte okno. Oświetliły one
twarz leżącej pod pomiętą kołdrą dziewczyny.
Nie spała.
Jej blada twarz nie wyrażała
żadnych emocji. Niewyraźne spojrzenie skierowała na na sufit. Tęczówki oczu pod
wpływem światła na chwilę zmieniły się z ciemnobrązowych na piwne. Ich barwa
przypominała teraz szklanicę piwa sprzedawanego w każdej karczmie.
Źrenice zwęziły się od razu, by
nie wpuścić pod powieki więcej światła niż to było potrzebne. Ignis
wzdrygnęła się i zasłoniła twarz dłońmi, chroniąc ją przed promieniami słońca.
Prawie całą noc nie zmrużyła oka, gdyż wciąż myślała o ostatnich wydarzeniach.
Na szczęście "prawie".
Przed jej oczami pojawił się
obraz ciemnego dymu w uliczce. Widok mężczyzny leżącego pod ścianą. Zmartwieni
Dannyl i matka.
"Signa… sanguinem..."
Skrzywiła się i, przewróciwszy na
bok, zamknęła oczy oraz spróbowała wyrzucić to wszystko ze swojej głowy. Gdy
jej działania nie przyniosły oczekiwanego efektu, mruknęła parę nieprzyjemnych
słów pod nosem i podniosła się z posłania. Nic innego jej nie pozostało, jak
odwrócenie myśli od tamtych wydarzeń poprzez zajęcie się czymś innym. Usiadła
zatem na łóżku i westchnęła cicho.
Kołdra zsunęła się z jej tułowia
i odsłoniła część ręki. Ze smutkiem przejechała placem po znakach.
Ciemnoczerwone kreski wyglądały niczym przypadkowe pociągnięcia cieniutkim
pędzlem według nieznanej nikomu wizji malarza.
Czyżby to one były przyczyną tych
dziwnych wydarzeń?
Westchnęła cicho i wstała z
łóżka, kierując swe kroki do krzesła. Narzuciła na siebie czystą białą koszulę
i jak zwykle czarne spodnie wraz z resztą jej codziennego ubrania, które były
już wcześniej przygotowane.
Musiała się zrelaksować.
"Las."
Tak. To chyba najlepszy pomysł
jaki przyszedł jej do głowy. Może nie było dobrą koncepcją, by opuszczać mury
miasta, ale czy i tu może czuć się bezpiecznie?
Rozglądnęła się po pokoju
niepewnie i przykucnęła przy zamkniętej na kłódkę skrzyni. Sięgnęła do szyi i
pociągnęła za sznureczek, wydobywając spod koszuli zawieszony na nim kluczyk.
Szczęk zamka rozległ się w pomieszczeniu, gdy Ignis uchyliła wieko.
W środku nie było wielu rzeczy -
paręnaście projektów, kołczan, trochę ubrań, niewielka sakiewka z
oszczędnościami oraz mała figurka niedźwiedzia wystrugana w drewnie przez
Dannyla.
Parę zarysowanych kartek
musiało wylądować na ziemi, by światło dzienne ujrzała skórzana pochwa ukryta
na dnie. Ignis odpięła pasek, który uniemożliwiał wysunięcie się broni i
złapała srebrną rękojeść wystającą ze skóry. Charakterystyczny metaliczny
dźwięk rozległ się w pomieszczeniu, a ostra klinga zabłyszczała w porannym
słońcu. Usta brązowookiej wygięły się w delikatnym uśmiechu. Dostała ten
sztylet od Edgara, kilka lat temu. Do teraz pamiętała dokładnie, jak wraz z
bratem uczyli się walczyć pod okiem ojca. Oczywiście, wtedy jeszcze nie na
sztylety, tylko na drewniane miecze.
Wybrana losowo niepotrzebna
kartka znalazła się w ręce Ignis. Szybkim ruchem przecięła ją na pół,
sprawdzając tym samym czy ostrze się nie stępiło. Kiwnęła głową z zadowoleniem,
a klinga na powrót zniknęła w pochwie, którą dopięła do paska.
Ten sztylet może się jej przydać.
Po ostatnich wydarzeniach wolała mieć przy sobie coś do obrony.
Wzięła jeszcze sakiewkę i
kołczan, po czym zamknęła skrzynię. Może uda jej się kupić coś dla Dannyla z
okazji urodzin? Podeszła do okna i wyglądnęła na zewnątrz. Nikogo, ani żywej
duszy.
Czarnowłosa przysiadła na
parapecie i oparła czoło o chłodną powierzchnię szyby. Przeczucie kazało jej
poczekać, aż na ulicach pojawi się więcej ludzi. Nie dość, że mogłaby wzbudzić
podejrzenia, spacerując po ulicach z samego rana samotnie, to jeszcze
byłoby jej ciężko schować się w sytuacji zagrożenia. Choć tego nienawidziła,
wolała nie ryzykować.
"Zaczęłaś świrować na
punkcie bezpieczeństwa, Ignis."
Zaśmiała się cicho.
W sumie słusznie.
Zmarszczyła brwi.
Chwila. To nie była jej myśl. Tak
jakby... Męski głos.
Pokręciła głową. Wydawało jej
się.
Chwilę później pojedyncze osoby
pojawiały się na ulicy, goniąc za swoimi sprawami. Z czasem robiło się ich
coraz więcej i więcej, a codzienne rozmowy i głosy kupców były bardziej
słyszalne.
Gdy pozycja słońca wskazywała na
około dziesiątą, Ignis uznała, że dość już czekania. Złapała za płaszcz
leżący na krześle i narzuciła go na siebie. W jej kieszeni wylądowała wcześniej
przygotowana sakiewka, a na ramię dziewczyna założyła łuk wraz z kołczanem.
Następnie wyszła z pokoju i już miała zejść po schodach, gdy zatrzymał ją czyjś
głos.
- Ignis, poczekaj - powiedział
Dannyl, gdy wyszedł ze swojego pokoju. Bez swojego codziennego uśmiechu i
wigoru podszedł do niej. Westchnęła i spojrzała w jego stronę.
- Dokąd idziesz? - zapytał i
przyglądnął się jej.
- Na spacer - mruknęła, po czym
odwróciła się z zamiarem zejścia po schodach.
Nagle na jej ramieniu zacisnęła
się mocno ręka chłopaka, zatrzymując dziewczynę. Zerknęła na niego niepewnie.
- Możesz mi, do cholery jasnej,
wytłumaczyć, co się dzieje? - zapytał z irytacją w głosie.
- Nic się... - zaczęła, próbując
wyszarpnąć ramię z uścisku brata.
- Nie kłam! - prawie krzyknął. -
Do tej pory mówiliśmy sobie wszystko, a teraz wyraźnie coś ukrywasz. Od dwóch
dni zachowujesz się jakoś dziwnie i wyglądasz jakbyś nie spała wieki -
westchnął i spojrzał dziewczynie prosto w oczy.
Nic mu nie mów.
- Co się dzieje? - mruknął
łagodniej.
Nic mu nie mów!
Ignis odwróciła wzrok. Nie
wiedziała, czemu ukrywa przed Dannylem i rodzicami to, co ostatnio się
wydarzyło. Bolało ją, że musi kłamać, lecz czuła, że tak powinna. Coś wręcz
zmuszało ją, by trzymała wszystko w tajemnicy.
- Nic się nie dzieje -
powiedziała,
spoglądając
głęboko
w oczy Dannylowi - I puść moją rękę.
Dziewczyna widziała w oczach
chłopaka, że ten się o nią martwi. Jeszcze przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem.
Po chwili chłopak puścił jej ramię. Odwrócił się na pięcie, zbiegł po schodach
wściekły i wyszedł z domu, przy okazji trzaskając drzwiami. Czarnowłosa
odetchnęła oraz zgarbiła się trochę.
„Może powinnam była mu
powiedzieć?”
Ignis zeszła po schodach,
zamyślona, i wyszła z domu. Rozglądnęła się, lecz nigdzie już nie było widać
brązowej czupryny brata. Westchnęła ciężko.
"Byleby dzisiaj nie spotkało
mnie nic więcej nieprzyjemnego."
Ruszyła szybkim krokiem, nie
rozglądając się. Chłodny wiatr szarpał jej długimi włosami na wszystkie strony.
Był to zimniejszy dzień, co wyraźnie dawało się odczuć w porównaniu z niedawnym
upałem. Ludzie, którzy nie chcieli długo pozostawać poza ciepłymi
pomieszczeniami swoich domostw, poruszali się szybko.
Szarawe, lecz nie burzowe chmury
przemieszczały się w dość szybkim tempie po niebie. Co jakiś czas przysłaniały
one słońce, blokując jego ciepłe promienie.
Po dłuższej chwili czarnowłosa,
jako, że starała się używać jak najwięcej skrótów, była już przy bramie wyjściowej
z miasta. Szybko skręciła z głównego traktu i odnalazła mało widoczną ścieżkę
na polankę. Z czasem coraz mniej typowych odgłosów miasta docierało do uszu
dziewczyny, po chwili cichnąc zupełnie.
Korony drzew, które bujały się
pod wpływem wiatru, szumiały w przyjemny dla ucha sposób, a zapach mchu i
paproci wypełnił nozdrza dziewczyny. Brązowooka zwolniła tempa i z delikatnym
uśmiechem zaczęła przyglądać się wyginanym przez wiatr gałęziom.
Po chwili, gdy dziewczyna wyszła
na polankę, zdjęła łuk z ramienia i usiadła na brzegu lasu. Oparła się o
drzewo, wsłuchując w typowe odgłosy gaju oraz gładząc wyryte zdobienia na łuku.
Choć było jej miło, nie mogła odgonić od siebie nieprzyjemnych myśli. Wciąż
plątały się w jej umyśle i nie dawały spokoju.
Dłuższą chwile odpoczywała w tej
pozycji. Wreszcie wstała z cichym westchnięciem i wypatrzyła na drzewie kiedyś
powieszoną przez siebie tarczę. Podeszła do niej trzy kroki i nałożyła strzałę
na łuk. Celując, wzięła poprawkę na wiatr i wystrzeliła.
Chybiła.
Na jej czole powstała wyraźna
zmarszczka, podczas gdy kolejna strzała spróbowała osiągnąć celu. To samo.
Dziewczyna mruknęła coś pod nosem, a następny pocisk został wypuszczony ze
świstem.
Znów pudło.
Następnych kilkanaście prób było
takich samych. Tyle razy strzelała przy takiej pogodzie i jakoś jej szło. A
teraz - ani jeden raz nie trafiła. Nie mogła się skupić.
Spróbowała po raz kolejny,
ostatni. Strzała minęła się z tarczą. Rzucony kołczan wylądował na ziemi, a
zdenerwowana czarnowłosa opadła obok niego. Zasłoniła twarz rękami.
"Co się ze mną dzieje?"
Nagle stado ptaków zerwało się z
lasu, wzbijając w powietrze. Zerknęła w tamtą stronę. Pewnie coś je spłoszyło.
Położyła się na trawie i poczęła podążać wzrokiem za przepływającymi chmurami.
Słońce, które pojawiało się raz na jakiś czas, wskazywało na to, iż jest
już późne popołudnie.
Jakiś czas później krzaki obok
niej zaszeleściły. Dziewczyna uniosła głowę. Z krzewu wyskoczył zając,
uciekając, ile miał sił w nogach i przeciął w poprzek polankę. Spojrzała za nim
zdziwiona i uniosła jedną brew. Po chwili błysnęła jej między drzewami
uciekająca para saren.
W tej chwili do jej nozdrzy
doszedł dziwny smród. Tak jakby... Coś się paliło.
Usiadła szybko. Odór stawał się
coraz ostrzejszy.
Po chwili, wraz
z wiatrem i kolejną falą odoru, usłyszała krzyk. Nie, krzyki. Jakby gdzieś
daleko.
Szybko złapała za kołczan i
ruszyła ścieżką w stronę miasta. Gdy zbliżała się do niego, wszystko stawało
się wyraźniejsze. Przyspieszyła tempo, wręcz biegnąc.
Nogi dziewczyny poniosły ją
prędko na środek traktu. Wystraszona, spojrzała w stronę bramy. W jej oczach
odbiła się czerwień pomieszana z żółcią.
"Nie może być...
Nie..."
Gorące płomienie pożerały z
chwili na chwilę miasto przypominające teraz ogromną pochodnię. Całą
metropolię pochłonęła czerwień. Ponad murami powstała ciemna chmura dymu.
Miasto płonęło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)