Pierwsze promienie porannego
słońca wpadły do niewielkiej sypialni przez zamknięte okno. Oświetliły one
twarz leżącej pod pomiętą kołdrą dziewczyny.
Nie spała.
Jej blada twarz nie wyrażała
żadnych emocji. Niewyraźne spojrzenie skierowała na na sufit. Tęczówki oczu pod
wpływem światła na chwilę zmieniły się z ciemnobrązowych na piwne. Ich barwa
przypominała teraz szklanicę piwa sprzedawanego w każdej karczmie.
Źrenice zwęziły się od razu, by
nie wpuścić pod powieki więcej światła niż to było potrzebne. Ignis
wzdrygnęła się i zasłoniła twarz dłońmi, chroniąc ją przed promieniami słońca.
Prawie całą noc nie zmrużyła oka, gdyż wciąż myślała o ostatnich wydarzeniach.
Na szczęście "prawie".
Przed jej oczami pojawił się
obraz ciemnego dymu w uliczce. Widok mężczyzny leżącego pod ścianą. Zmartwieni
Dannyl i matka.
"Signa… sanguinem..."
Skrzywiła się i, przewróciwszy na
bok, zamknęła oczy oraz spróbowała wyrzucić to wszystko ze swojej głowy. Gdy
jej działania nie przyniosły oczekiwanego efektu, mruknęła parę nieprzyjemnych
słów pod nosem i podniosła się z posłania. Nic innego jej nie pozostało, jak
odwrócenie myśli od tamtych wydarzeń poprzez zajęcie się czymś innym. Usiadła
zatem na łóżku i westchnęła cicho.
Kołdra zsunęła się z jej tułowia
i odsłoniła część ręki. Ze smutkiem przejechała placem po znakach.
Ciemnoczerwone kreski wyglądały niczym przypadkowe pociągnięcia cieniutkim
pędzlem według nieznanej nikomu wizji malarza.
Czyżby to one były przyczyną tych
dziwnych wydarzeń?
Westchnęła cicho i wstała z
łóżka, kierując swe kroki do krzesła. Narzuciła na siebie czystą białą koszulę
i jak zwykle czarne spodnie wraz z resztą jej codziennego ubrania, które były
już wcześniej przygotowane.
Musiała się zrelaksować.
"Las."
Tak. To chyba najlepszy pomysł
jaki przyszedł jej do głowy. Może nie było dobrą koncepcją, by opuszczać mury
miasta, ale czy i tu może czuć się bezpiecznie?
Rozglądnęła się po pokoju
niepewnie i przykucnęła przy zamkniętej na kłódkę skrzyni. Sięgnęła do szyi i
pociągnęła za sznureczek, wydobywając spod koszuli zawieszony na nim kluczyk.
Szczęk zamka rozległ się w pomieszczeniu, gdy Ignis uchyliła wieko.
W środku nie było wielu rzeczy -
paręnaście projektów, kołczan, trochę ubrań, niewielka sakiewka z
oszczędnościami oraz mała figurka niedźwiedzia wystrugana w drewnie przez
Dannyla.
Parę zarysowanych kartek
musiało wylądować na ziemi, by światło dzienne ujrzała skórzana pochwa ukryta
na dnie. Ignis odpięła pasek, który uniemożliwiał wysunięcie się broni i
złapała srebrną rękojeść wystającą ze skóry. Charakterystyczny metaliczny
dźwięk rozległ się w pomieszczeniu, a ostra klinga zabłyszczała w porannym
słońcu. Usta brązowookiej wygięły się w delikatnym uśmiechu. Dostała ten
sztylet od Edgara, kilka lat temu. Do teraz pamiętała dokładnie, jak wraz z
bratem uczyli się walczyć pod okiem ojca. Oczywiście, wtedy jeszcze nie na
sztylety, tylko na drewniane miecze.
Wybrana losowo niepotrzebna
kartka znalazła się w ręce Ignis. Szybkim ruchem przecięła ją na pół,
sprawdzając tym samym czy ostrze się nie stępiło. Kiwnęła głową z zadowoleniem,
a klinga na powrót zniknęła w pochwie, którą dopięła do paska.
Ten sztylet może się jej przydać.
Po ostatnich wydarzeniach wolała mieć przy sobie coś do obrony.
Wzięła jeszcze sakiewkę i
kołczan, po czym zamknęła skrzynię. Może uda jej się kupić coś dla Dannyla z
okazji urodzin? Podeszła do okna i wyglądnęła na zewnątrz. Nikogo, ani żywej
duszy.
Czarnowłosa przysiadła na
parapecie i oparła czoło o chłodną powierzchnię szyby. Przeczucie kazało jej
poczekać, aż na ulicach pojawi się więcej ludzi. Nie dość, że mogłaby wzbudzić
podejrzenia, spacerując po ulicach z samego rana samotnie, to jeszcze
byłoby jej ciężko schować się w sytuacji zagrożenia. Choć tego nienawidziła,
wolała nie ryzykować.
"Zaczęłaś świrować na
punkcie bezpieczeństwa, Ignis."
Zaśmiała się cicho.
W sumie słusznie.
Zmarszczyła brwi.
Chwila. To nie była jej myśl. Tak
jakby... Męski głos.
Pokręciła głową. Wydawało jej
się.
Chwilę później pojedyncze osoby
pojawiały się na ulicy, goniąc za swoimi sprawami. Z czasem robiło się ich
coraz więcej i więcej, a codzienne rozmowy i głosy kupców były bardziej
słyszalne.
Gdy pozycja słońca wskazywała na
około dziesiątą, Ignis uznała, że dość już czekania. Złapała za płaszcz
leżący na krześle i narzuciła go na siebie. W jej kieszeni wylądowała wcześniej
przygotowana sakiewka, a na ramię dziewczyna założyła łuk wraz z kołczanem.
Następnie wyszła z pokoju i już miała zejść po schodach, gdy zatrzymał ją czyjś
głos.
- Ignis, poczekaj - powiedział
Dannyl, gdy wyszedł ze swojego pokoju. Bez swojego codziennego uśmiechu i
wigoru podszedł do niej. Westchnęła i spojrzała w jego stronę.
- Dokąd idziesz? - zapytał i
przyglądnął się jej.
- Na spacer - mruknęła, po czym
odwróciła się z zamiarem zejścia po schodach.
Nagle na jej ramieniu zacisnęła
się mocno ręka chłopaka, zatrzymując dziewczynę. Zerknęła na niego niepewnie.
- Możesz mi, do cholery jasnej,
wytłumaczyć, co się dzieje? - zapytał z irytacją w głosie.
- Nic się... - zaczęła, próbując
wyszarpnąć ramię z uścisku brata.
- Nie kłam! - prawie krzyknął. -
Do tej pory mówiliśmy sobie wszystko, a teraz wyraźnie coś ukrywasz. Od dwóch
dni zachowujesz się jakoś dziwnie i wyglądasz jakbyś nie spała wieki -
westchnął i spojrzał dziewczynie prosto w oczy.
Nic mu nie mów.
- Co się dzieje? - mruknął
łagodniej.
Nic mu nie mów!
Ignis odwróciła wzrok. Nie
wiedziała, czemu ukrywa przed Dannylem i rodzicami to, co ostatnio się
wydarzyło. Bolało ją, że musi kłamać, lecz czuła, że tak powinna. Coś wręcz
zmuszało ją, by trzymała wszystko w tajemnicy.
- Nic się nie dzieje -
powiedziała,
spoglądając
głęboko
w oczy Dannylowi - I puść moją rękę.
Dziewczyna widziała w oczach
chłopaka, że ten się o nią martwi. Jeszcze przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem.
Po chwili chłopak puścił jej ramię. Odwrócił się na pięcie, zbiegł po schodach
wściekły i wyszedł z domu, przy okazji trzaskając drzwiami. Czarnowłosa
odetchnęła oraz zgarbiła się trochę.
„Może powinnam była mu
powiedzieć?”
Ignis zeszła po schodach,
zamyślona, i wyszła z domu. Rozglądnęła się, lecz nigdzie już nie było widać
brązowej czupryny brata. Westchnęła ciężko.
"Byleby dzisiaj nie spotkało
mnie nic więcej nieprzyjemnego."
Ruszyła szybkim krokiem, nie
rozglądając się. Chłodny wiatr szarpał jej długimi włosami na wszystkie strony.
Był to zimniejszy dzień, co wyraźnie dawało się odczuć w porównaniu z niedawnym
upałem. Ludzie, którzy nie chcieli długo pozostawać poza ciepłymi
pomieszczeniami swoich domostw, poruszali się szybko.
Szarawe, lecz nie burzowe chmury
przemieszczały się w dość szybkim tempie po niebie. Co jakiś czas przysłaniały
one słońce, blokując jego ciepłe promienie.
Po dłuższej chwili czarnowłosa,
jako, że starała się używać jak najwięcej skrótów, była już przy bramie wyjściowej
z miasta. Szybko skręciła z głównego traktu i odnalazła mało widoczną ścieżkę
na polankę. Z czasem coraz mniej typowych odgłosów miasta docierało do uszu
dziewczyny, po chwili cichnąc zupełnie.
Korony drzew, które bujały się
pod wpływem wiatru, szumiały w przyjemny dla ucha sposób, a zapach mchu i
paproci wypełnił nozdrza dziewczyny. Brązowooka zwolniła tempa i z delikatnym
uśmiechem zaczęła przyglądać się wyginanym przez wiatr gałęziom.
Po chwili, gdy dziewczyna wyszła
na polankę, zdjęła łuk z ramienia i usiadła na brzegu lasu. Oparła się o
drzewo, wsłuchując w typowe odgłosy gaju oraz gładząc wyryte zdobienia na łuku.
Choć było jej miło, nie mogła odgonić od siebie nieprzyjemnych myśli. Wciąż
plątały się w jej umyśle i nie dawały spokoju.
Dłuższą chwile odpoczywała w tej
pozycji. Wreszcie wstała z cichym westchnięciem i wypatrzyła na drzewie kiedyś
powieszoną przez siebie tarczę. Podeszła do niej trzy kroki i nałożyła strzałę
na łuk. Celując, wzięła poprawkę na wiatr i wystrzeliła.
Chybiła.
Na jej czole powstała wyraźna
zmarszczka, podczas gdy kolejna strzała spróbowała osiągnąć celu. To samo.
Dziewczyna mruknęła coś pod nosem, a następny pocisk został wypuszczony ze
świstem.
Znów pudło.
Następnych kilkanaście prób było
takich samych. Tyle razy strzelała przy takiej pogodzie i jakoś jej szło. A
teraz - ani jeden raz nie trafiła. Nie mogła się skupić.
Spróbowała po raz kolejny,
ostatni. Strzała minęła się z tarczą. Rzucony kołczan wylądował na ziemi, a
zdenerwowana czarnowłosa opadła obok niego. Zasłoniła twarz rękami.
"Co się ze mną dzieje?"
Nagle stado ptaków zerwało się z
lasu, wzbijając w powietrze. Zerknęła w tamtą stronę. Pewnie coś je spłoszyło.
Położyła się na trawie i poczęła podążać wzrokiem za przepływającymi chmurami.
Słońce, które pojawiało się raz na jakiś czas, wskazywało na to, iż jest
już późne popołudnie.
Jakiś czas później krzaki obok
niej zaszeleściły. Dziewczyna uniosła głowę. Z krzewu wyskoczył zając,
uciekając, ile miał sił w nogach i przeciął w poprzek polankę. Spojrzała za nim
zdziwiona i uniosła jedną brew. Po chwili błysnęła jej między drzewami
uciekająca para saren.
W tej chwili do jej nozdrzy
doszedł dziwny smród. Tak jakby... Coś się paliło.
Usiadła szybko. Odór stawał się
coraz ostrzejszy.
Po chwili, wraz
z wiatrem i kolejną falą odoru, usłyszała krzyk. Nie, krzyki. Jakby gdzieś
daleko.
Szybko złapała za kołczan i
ruszyła ścieżką w stronę miasta. Gdy zbliżała się do niego, wszystko stawało
się wyraźniejsze. Przyspieszyła tempo, wręcz biegnąc.
Nogi dziewczyny poniosły ją
prędko na środek traktu. Wystraszona, spojrzała w stronę bramy. W jej oczach
odbiła się czerwień pomieszana z żółcią.
"Nie może być...
Nie..."
Gorące płomienie pożerały z
chwili na chwilę miasto przypominające teraz ogromną pochodnię. Całą
metropolię pochłonęła czerwień. Ponad murami powstała ciemna chmura dymu.
Miasto płonęło.