piątek, 15 listopada 2013

Rozdzial V


Pierwsze promienie porannego słońca wpadły do niewielkiej sypialni przez zamknięte okno. Oświetliły one twarz leżącej pod pomiętą kołdrą dziewczyny.
Nie spała.
Jej blada twarz nie wyrażała żadnych emocji. Niewyraźne spojrzenie skierowała na na sufit. Tęczówki oczu pod wpływem światła na chwilę zmieniły się z ciemnobrązowych na piwne. Ich barwa przypominała teraz szklanicę piwa sprzedawanego w każdej karczmie.
Źrenice zwęziły się od razu, by nie wpuścić pod powieki więcej światła niż to było potrzebne. Ignis wzdrygnęła się i zasłoniła twarz dłońmi, chroniąc ją przed promieniami słońca. Prawie całą noc nie zmrużyła oka, gdyż wciąż myślała o ostatnich wydarzeniach. Na szczęście "prawie".
Przed jej oczami pojawił się obraz ciemnego dymu w uliczce. Widok mężczyzny leżącego pod ścianą. Zmartwieni Dannyl i matka.
"Signa… sanguinem..."
Skrzywiła się i, przewróciwszy na bok, zamknęła oczy oraz spróbowała wyrzucić to wszystko ze swojej głowy. Gdy jej działania nie przyniosły oczekiwanego efektu, mruknęła parę nieprzyjemnych słów pod nosem i podniosła się z posłania. Nic innego jej nie pozostało, jak odwrócenie myśli od tamtych wydarzeń poprzez zajęcie się czymś innym. Usiadła zatem na łóżku i westchnęła cicho.
Kołdra zsunęła się z jej tułowia i odsłoniła część ręki. Ze smutkiem przejechała placem po znakach. Ciemnoczerwone kreski wyglądały niczym przypadkowe pociągnięcia cieniutkim pędzlem według nieznanej nikomu wizji malarza.
Czyżby to one były przyczyną tych dziwnych wydarzeń?
Westchnęła cicho i wstała z łóżka, kierując swe kroki do krzesła. Narzuciła na siebie czystą białą koszulę i jak zwykle czarne spodnie wraz z resztą jej codziennego ubrania, które były już wcześniej przygotowane.
Musiała się zrelaksować.
"Las."
Tak. To chyba najlepszy pomysł jaki przyszedł jej do głowy. Może nie było dobrą koncepcją, by opuszczać mury miasta, ale czy i tu może czuć się bezpiecznie?
Rozglądnęła się po pokoju niepewnie i przykucnęła przy zamkniętej na kłódkę skrzyni. Sięgnęła do szyi i pociągnęła za sznureczek, wydobywając spod koszuli zawieszony na nim kluczyk. Szczęk zamka rozległ się w pomieszczeniu, gdy Ignis uchyliła wieko.
W środku nie było wielu rzeczy - paręnaście projektów, kołczan, trochę ubrań, niewielka sakiewka z oszczędnościami oraz mała figurka niedźwiedzia wystrugana w drewnie przez Dannyla.
 Parę zarysowanych kartek musiało wylądować na ziemi, by światło dzienne ujrzała skórzana pochwa ukryta na dnie. Ignis odpięła pasek, który uniemożliwiał wysunięcie się broni i złapała srebrną rękojeść wystającą ze skóry. Charakterystyczny metaliczny dźwięk rozległ się w pomieszczeniu, a ostra klinga zabłyszczała w porannym słońcu. Usta brązowookiej wygięły się w delikatnym uśmiechu. Dostała ten sztylet od Edgara, kilka lat temu. Do teraz pamiętała dokładnie, jak wraz z bratem uczyli się walczyć pod okiem ojca. Oczywiście, wtedy jeszcze nie na sztylety, tylko na drewniane miecze.
Wybrana losowo niepotrzebna kartka znalazła się w ręce Ignis. Szybkim ruchem przecięła ją na pół, sprawdzając tym samym czy ostrze się nie stępiło. Kiwnęła głową z zadowoleniem, a klinga na powrót zniknęła w pochwie, którą dopięła do paska.
Ten sztylet może się jej przydać. Po ostatnich wydarzeniach wolała mieć przy sobie coś do obrony.
Wzięła jeszcze sakiewkę i kołczan, po czym zamknęła skrzynię. Może uda jej się kupić coś dla Dannyla z okazji urodzin? Podeszła do okna i wyglądnęła na zewnątrz. Nikogo, ani żywej duszy.
Czarnowłosa przysiadła na parapecie i oparła czoło o chłodną powierzchnię szyby. Przeczucie kazało jej poczekać, aż na ulicach pojawi się więcej ludzi. Nie dość, że mogłaby wzbudzić podejrzenia, spacerując po ulicach z samego rana samotnie, to jeszcze byłoby jej ciężko schować się w sytuacji zagrożenia. Choć tego nienawidziła, wolała nie ryzykować.
"Zaczęłaś świrować na punkcie bezpieczeństwa, Ignis."
Zaśmiała się cicho.
W sumie słusznie.
Zmarszczyła brwi.
Chwila. To nie była jej myśl. Tak jakby... Męski głos.
Pokręciła głową. Wydawało jej się.
Chwilę później pojedyncze osoby pojawiały się na ulicy, goniąc za swoimi sprawami. Z czasem robiło się ich coraz więcej i więcej, a codzienne rozmowy i głosy kupców były bardziej słyszalne.
Gdy pozycja słońca wskazywała na około dziesiątą, Ignis uznała, że dość już czekania. Złapała za płaszcz leżący na krześle i narzuciła go na siebie. W jej kieszeni wylądowała wcześniej przygotowana sakiewka, a na ramię dziewczyna założyła łuk wraz z kołczanem. Następnie wyszła z pokoju i już miała zejść po schodach, gdy zatrzymał ją czyjś głos.
- Ignis, poczekaj - powiedział Dannyl, gdy wyszedł ze swojego pokoju. Bez swojego codziennego uśmiechu i wigoru podszedł do niej. Westchnęła i spojrzała w jego stronę.
- Dokąd idziesz? - zapytał i przyglądnął się jej.
- Na spacer - mruknęła, po czym odwróciła się z zamiarem zejścia po schodach.
Nagle na jej ramieniu zacisnęła się mocno ręka chłopaka, zatrzymując dziewczynę. Zerknęła na niego niepewnie.
- Możesz mi, do cholery jasnej, wytłumaczyć, co się dzieje? - zapytał z irytacją w głosie.
- Nic się... - zaczęła, próbując wyszarpnąć ramię z uścisku brata.
- Nie kłam! - prawie krzyknął. - Do tej pory mówiliśmy sobie wszystko, a teraz wyraźnie coś ukrywasz. Od dwóch dni zachowujesz się jakoś dziwnie i wyglądasz jakbyś nie spała wieki - westchnął i spojrzał dziewczynie prosto w oczy.
Nic mu nie mów.
- Co się dzieje? - mruknął łagodniej.
Nic mu nie mów!
Ignis odwróciła wzrok. Nie wiedziała, czemu ukrywa przed Dannylem i rodzicami to, co ostatnio się wydarzyło. Bolało ją, że musi kłamać, lecz czuła, że tak powinna. Coś wręcz zmuszało ją, by trzymała wszystko w tajemnicy.
- Nic się nie dzieje - powiedziała, spoglądając głęboko w oczy Dannylowi - I puść moją rękę.
Dziewczyna widziała w oczach chłopaka, że ten się o nią martwi. Jeszcze przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. Po chwili chłopak puścił jej ramię. Odwrócił się na pięcie, zbiegł po schodach wściekły i wyszedł z domu, przy okazji trzaskając drzwiami. Czarnowłosa odetchnęła oraz zgarbiła się trochę.
„Może powinnam była mu powiedzieć?”
Ignis zeszła po schodach, zamyślona, i wyszła z domu. Rozglądnęła się, lecz nigdzie już nie było widać brązowej czupryny brata. Westchnęła ciężko.
"Byleby dzisiaj nie spotkało mnie nic więcej nieprzyjemnego."
Ruszyła szybkim krokiem, nie rozglądając się. Chłodny wiatr szarpał jej długimi włosami na wszystkie strony. Był to zimniejszy dzień, co wyraźnie dawało się odczuć w porównaniu z niedawnym upałem. Ludzie, którzy nie chcieli długo pozostawać poza ciepłymi pomieszczeniami swoich domostw, poruszali się szybko.
Szarawe, lecz nie burzowe chmury przemieszczały się w dość szybkim tempie po niebie. Co jakiś czas przysłaniały one słońce, blokując jego ciepłe promienie.
Po dłuższej chwili czarnowłosa, jako, że starała się używać jak najwięcej skrótów, była już przy bramie wyjściowej z miasta. Szybko skręciła z głównego traktu i odnalazła mało widoczną ścieżkę na polankę. Z czasem coraz mniej typowych odgłosów miasta docierało do uszu dziewczyny, po chwili cichnąc zupełnie.
Korony drzew, które bujały się pod wpływem wiatru, szumiały w przyjemny dla ucha sposób, a zapach mchu i paproci wypełnił nozdrza dziewczyny. Brązowooka zwolniła tempa i z delikatnym uśmiechem zaczęła przyglądać się wyginanym przez wiatr gałęziom.
Po chwili, gdy dziewczyna wyszła na polankę, zdjęła łuk z ramienia i usiadła na brzegu lasu. Oparła się o drzewo, wsłuchując w typowe odgłosy gaju oraz gładząc wyryte zdobienia na łuku. Choć było jej miło, nie mogła odgonić od siebie nieprzyjemnych myśli. Wciąż plątały się w jej umyśle i nie dawały spokoju.
Dłuższą chwile odpoczywała w tej pozycji. Wreszcie wstała z cichym westchnięciem i wypatrzyła na drzewie kiedyś powieszoną przez siebie tarczę. Podeszła do niej trzy kroki i nałożyła strzałę na łuk. Celując, wzięła poprawkę na wiatr i wystrzeliła.
Chybiła.
Na jej czole powstała wyraźna zmarszczka, podczas gdy kolejna strzała spróbowała osiągnąć celu. To samo. Dziewczyna mruknęła coś pod nosem, a następny pocisk został wypuszczony ze świstem.
Znów pudło.
Następnych kilkanaście prób było takich samych. Tyle razy strzelała przy takiej pogodzie i jakoś jej szło. A teraz - ani jeden raz nie trafiła. Nie mogła się skupić.
Spróbowała po raz kolejny, ostatni. Strzała minęła się z tarczą. Rzucony kołczan wylądował na ziemi, a zdenerwowana czarnowłosa opadła obok niego. Zasłoniła twarz rękami.
"Co się ze mną dzieje?"
Nagle stado ptaków zerwało się z lasu, wzbijając w powietrze. Zerknęła w tamtą stronę. Pewnie coś je spłoszyło. Położyła się na trawie i poczęła podążać wzrokiem za przepływającymi chmurami. Słońce, które pojawiało się raz na jakiś czas, wskazywało na to, iż jest już późne popołudnie.
Jakiś czas później krzaki obok niej zaszeleściły. Dziewczyna uniosła głowę. Z krzewu wyskoczył zając, uciekając, ile miał sił w nogach i przeciął w poprzek polankę. Spojrzała za nim zdziwiona i uniosła jedną brew. Po chwili błysnęła jej między drzewami uciekająca para saren.
W tej chwili do jej nozdrzy doszedł dziwny smród. Tak jakby... Coś się paliło.
Usiadła szybko. Odór stawał się coraz ostrzejszy.
Po chwili, wraz z wiatrem i kolejną falą odoru, usłyszała krzyk. Nie, krzyki. Jakby gdzieś daleko.
Szybko złapała za kołczan i ruszyła ścieżką w stronę miasta. Gdy zbliżała się do niego, wszystko stawało się wyraźniejsze. Przyspieszyła tempo, wręcz biegnąc.
Nogi dziewczyny poniosły ją prędko na środek traktu. Wystraszona, spojrzała w stronę bramy. W jej oczach odbiła się czerwień pomieszana z żółcią.
"Nie może być... Nie..."
Gorące płomienie pożerały z chwili na chwilę miasto przypominające teraz ogromną pochodnię. Całą metropolię pochłonęła czerwień. Ponad murami powstała ciemna chmura dymu.
Miasto płonęło.

niedziela, 22 września 2013

Rozdzial IV

Trzaśnięcie drzwi oznajmiło przybycie kolejnego klienta.
- Dzień dobry - oznajmił czyjś męski głos tuż obok niej. Ignis odwróciła się. Wysoki, lekko zgarbiony chłopak, który przysiadł przy kontuarze, uśmiechnął się do karczmarza i, zamówiwszy cydr, odchylił się na krześle. Skądś go znała… Tylko skąd?
- Chandler…? - zapytała niepewnie Ignis i obróciła się w stronę nowoprzybyłego. Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem w szarych oczach i zmarszczył czoło, lecz po chwili uśmiechnął się szeroko.
- Na Bogów, Ignis, nie poznałem cię - zaśmiał się i przyciągnął dziewczynę do siebie, przytulając mocno. - Tak właśnie podejrzewałem, że również pojawisz się na spotkaniu.
Dziewczyna wtuliła się w niego uśmiechnięta, a jej nozdrza przepełniła znajoma woń.
- Tyle czasu się nie widzieliśmy - powiedziała i odchyliła trochę głowę w tył, by spojrzeć na twarz Chandlera, który był wyższy od niej o głowę. Chłopak uśmiechnął się doń.
- Owszem, tyle czasu. Ach, aż cztery lata - powiedział z cichym westchnięciem.
Chandler, który był dwie wiosny starszy od Dannyla właśnie te cztery lata temu wyjechał wraz z rodzicami do innego miasta, daleko stąd. Od tego czasu nie widywali się z nim.
Po dłuższej chwili wyzwolili się z objęć, szczerząc się do siebie. Szarooki zaproponował, by zajęli już jakiś stolik, na co przystała.
- Kiedy wróciłeś do miasta? - zapytała, podczas gdy przenosili się na wolne miejsca w kącie sali.
- Tydzień temu. Nie miałem czasu wcześniej się z wami zobaczyć - powiedział, siadając przy stoliku. Ignis zajęła krzesło obok.
- Na długo przyjechałeś?
- Zalazłem tu pracę, także mam nadzieję, że na dłużej - uśmiechnął się i przeczesał palcami ciemnobrązowe, podchodzące pod czerń włosy. - Słyszałaś, co się dzieje na południu?
Dziewczyna pokręciła głową, odchylając się.
- Zamieszki, morderstwa. Ludzie obawiają się wojny. Na razie się na to nie zapowiada aż tak, ale nie wiadomo, co się może stać - chciał coś jeszcze powiedzieć, gdy przerwała mu czyjaś głośna kłótnia od strony wejścia do karczmy.
Przy drzwiach stała dwójka bardzo podobnych do siebie chłopaków w wieku dziewczyny. Wszyscy w karczmie skierowali na nich wzrok, szepcząc miedzy sobą.
- Ja ci mówię, że to spotkanie było już wcześniej, durniu! - krzyknął jeden z nich, szatyn z ciemnozielonymi oczami.
- Nie! Jestem pewien, że to teraz! - odparł drugi, również szatyn, lecz ten miał szaroniebieskie oczy niczym zachmurzone niebo.
- To niby gdzie oni są?
Ignis i Chandler spojrzeli po sobie i równocześnie wybuchnęli śmiechem. Philip i Russel. Chyba najbardziej kłótliwe rodzeństwo w mieście jakie znali. Gdziekolwiek byli i cokolwiek robili, stale kłócili się o byle co jak w tym momencie.
Dziewczyna wraz z szarookim wstali z miejsca i podeszli do nich. Po ciepłym przywitaniu się braci z Chandlerem i chwili rozmowy wrócili z powrotem do stolika.
- Ha, mówiłem, że to teraz - powiedział niebieskooki Russel, prostując się, zadowolony. Philip wymruczał coś tylko pod nosem i usiadł przy stoliku.
Chwilę później pojawił się Edward, raczej cichy, ale bardzo zwinny chłopak. Gdy nie wiedziało się, gdzie go znaleźć, najlepiej było wejść na któryś z dachów i rozejrzeć się stamtąd, zaś on gdzieś na pewno tam był. Jako młodszy kradł różne rzeczy z bazarów i włamywał się do domów i sklepów, lecz teraz już tak nie robił. Tymczasem przybył na miejsce wraz z Dannylem.
- Jesteśmy już chyba wszyscy - powiedział Chandler z uśmiechem, gdy każdy pozamawiał dla siebie trunek.
- A James? - zapytał Philip.
- Nie mógł przyjść - powiedział Dannyl i wstał z kuflem w ręce. - To jak, wznosimy toast?
Wszyscy mruknęli z aprobatą i unieśli swoje naczynia z cydrem. Oczywiście nie obyło się bez kłótni braci.
- To jest mój kufel - warknął Russel wskazując na ten z większą ilością trunku.
- Nie, to jest mój! Ty miałeś mniej - odparł Philip.
- Weźcie obojętne, który, jaka to różnica - powiedział Chandler.
- Taka, że w jednym jest więcej! - krzyknęli równocześnie. Dannyl westchnął i złapał za wypełniony większą ilością cydru kufel, a następnie upił tyle, by było równo.
- Ale … - zaczął Philip.
- Chyba teraz jest dobrze, nieprawdaż? - powiedział Dannyl spokojnie, ale stanowczo. Bracia mruknęli coś pod nosem i złapali za naczynia, naburmuszeni. Pozostali zaśmiali się.
- Wracając do toastu. Za spotkanie. I oby w przyszłości było ich więcej!
- Za spotkanie! - powiedzieli wszyscy, stukając się nawzajem kuflami.

Powoli zaczynało się ściemniać. Mrok z chwili na chwilę pochłaniał miasto, otulając je ciemną zasłoną. Słońce już prawie zniknęło za horyzontem i zwolniło miejsce srebrnej tarczy księżyca. Coraz mniej ludzi można było spotkać na ulicach. Pojedyncze lampy przy karczmach lub domach słabo oświetlały pozostałe części ulic.  
Ignis wraz z Dannylem zaśmiali się głośno po raz kolejny, wracając ze spotkania. Przebiegłoby ono wręcz wspaniale, gdyby nie to, że brakowało Jamesa. Nikt do końca nie wiedział, czemu go nie było.
- Edward wyglądał świetnie, gdy wybuchnął śmiechem i równocześnie pociekł mu cydr z nosa - zaśmiał się Dannyl, wspominając zaistniałą sytuację. Ignis wyszczerzyła się i razem skręcili w jedną z innych ulic. Przez chwilę szli w ciszy, co jakiś czas podśmiewając się pod nosem.
W pewnym momencie dziewczyna zamyśliła się. Zapytała dzisiaj chłopaków czy może znają skądś sztylet zabrany obcemu, który niedawno ją zaatakował. Wczoraj jeszcze przyglądnęła mu się dokładniej, naszkicowała jego kopię i pokazała na spotkaniu. Wróciła myślami do tamtej chwili.

- Co o tym sądzicie? - zapytała Ignis, przesuwając na środek stołu kawałek kartki ze szkicem. Na ostrzu wygrawerowana była róża w plątaninie kolców. - Wiecie może, kto używa takich sztyletów?
- Nie mam pojęcia - powiedział Chandler.
Reszta osób powiedziała to samo, po kolei oglądając rysunek. Nikt nie potrafił odpowiedzieć na jej pytanie.

Nagle do uszu czarnowłosej doszły niezrozumiałe dla niej szepty. Rozglądnęła się, lecz nikogo nie dostrzegła.  Zmarszczyła brwi, idąc dalej.
Byli już prawie pod domem. Znów szepty. Tym razem jakby tuż za nią.
Obróciła się szybko.
 Nic, pusta ulica. Pokręciła głową, odgarniając włosy z twarzy.
Lecz po chwili coś dostrzegła.
W małej uliczce obok unosił się czarny dym, zasłaniając jej dalszą część. Szepty, które stawały się coraz głośniejsze, zaczęły zagłuszać mówiącego do niej Dannyla.
- Ignis? - zapytał chłopak i zatrzymał się, przyglądając dziwnie zachowującej się siostrze. Jednak czarnowłosa go nie słuchała.
Dziewczyna, która powoli podeszła do wylotu alejki, położyła dłoń na szorstkiej ścianie i, zaintrygowana, przyglądnęła się dziwnemu zjawisku. Wydawało jej się, że już to kiedyś widziała… Że to zna.
 - Ignis, co jest? - powtórzył chłopak i, podszedłszy do pobladłej czarnowłosej, położył rękę na jej ramieniu, delikatnie ściskając. Dziewczyna wzdrygnęła się i spojrzała na niego nieprzytomnie, następnie z powrotem na uliczkę. Dym zniknął, a szepty umilkły.
- Nic… wszystko ok - powiedziała niepewnie. Brązowowłosy uniósł jedną brew i wzruszył ramionami, ruszając dalej ulicą. - Zaczynam świrować - mruknęła dziewczyna pod nosem i, spojrzawszy ostatni raz na alejkę, szybko dogoniła Dannyla.
Resztę drogi do domu spędzili w ciszy. Gdy znaleźli się już w mieszkaniu, Ignis tylko przywitała się z matką i, zamyślona, ruszyła do swojego pokoju. Czuła na sobie wzrok Rose i Dannyla, słyszała ich szepty. Tak bardzo miała ochotę im powiedzieć, co widziała, lecz obawiała się ich reakcji.
- Co jej się dzieje? - spytała matka, zaintrygowana.
- Nie mam pojęcia - odmruknął chłopak - Od wczoraj zachowuje się jakoś dziwnie.
Nagle, w drodze na górę, czarnowłosa po raz kolejny usłyszała dziwne szepty. Zatrzymała się w połowie schodów i zacisnęła kurczowo dłoń na poręczy, wsłuchując się niepewnie.
Dobiegały z jej pokoju.
- Signa… sanguinem… - zdawało się słyszeć wśród niezrozumiałych głosów. Nie wiedziała, co ich słowa znaczą. Szybko wbiegła po schodach i wpadła do pokoju.
W środku panował chłód, a przez otwarte okno wpadało jasne światło księżyca, po części oświetlając pomieszczenie. Szepty umilkły. Zostawiły po sobie dziwną ciszę.
Coś jej tu nie pasowało...
Dopadła stolika, nerwowo rozrzucając notatki i szkice na wszystkie strony. Wreszcie usiadła ciężko przy stole.
Sztylet zniknął.
***
Tak, wiem. Znów zawaliłam z terminem, wybaczcie ;-; Cóż, muszę się wytłumaczyć. Z początku mojemu pisaniu przeszkodziło moje własne lenistwo. A gdy rozdział był już gotowy, jak zawsze inteligentna ja zalałam klawiaturę sokiem. No cóż, ale cieszę się, że w końcu się udało go wstawić, ale uprzedzam, że w najbliższym czasie rozdziały mogą pojawiać się później, gdyż nie wiem kiedy naprawię klawiaturę. Jeszcze raz przepraszam i trzymam kciuki iż dzisiejszy rozdział przypadnie wam do gustu ^.^ 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Rozdzial III

            Ignis, trąc oko, po omacku zeszła powoli na dół. Coś nie dawało jej porządnie zasnąć, więc budziła się cały czas. Ziewnęła głośno i weszła do małej kuchni, po czym wymruczała niewyraźne przywitanie do kobiety przy piecu, którą była jej matka. Ta zaś uśmiechnęła się szeroko do czarnowłosej, odpowiadając. W niektórych miejscach jej twarz pokrywały zmarszczki, lecz kobieta nie straciła na swoim dawnym uroku. Odgarnęła kosmyk brązowych włosów upiętych w warkocz. Były one przyprószone tu i ówdzie siwizną. Na widok córki zmarszczyła czoło i przyglądnęła się dziewczynie z krytyką w zielonych niczym leśny mech oczach.
-Ignis, ty jeszcze śpisz? – zapytała Rose, mama dziewczyny i wskazała palcem na krzywo zapięte guziki koszuli. Czarnowłosa ziewnęła jeszcze raz i spod przymkniętych oczu zerknęła w dół. Nie wiedziała, o co chodzi. Kobieta zaś zaśmiała się i podeszła do niej, aby poprawić zapięcia. Poklepała ją delikatnie po policzku, chcąc obudzić troszkę córkę, po czym odwróciła się z powrotem do pieca. Dziewczyna wymruczała podziękowanie i opadła ciężko na krzesło przy stole, na którym stały już miski z owsianką. Złapała za łyżkę i z cichym westchnięciem zaczęła mieszać powoli śniadanie. Zupełnie nie miała apetytu.
Równocześnie ze schodów zbiegł Dannyl, uśmiechnięty i rześki jak zwykle. Wyszczerzył się do mamy i, stanąwszy przy drzwiach, oparł się ramieniem o framugę.
-Co dzisiaj na śnia… – nie dokończył, bo dostrzegł swoją siostrę przy stole, obróconą do niego plecami i dziwnie pochyloną nad stołem - …danie?
Spojrzał pytająco najpierw na Ignis, następie na matkę. Rose spuściła luźno ręce wzdłuż tułowia, zamknęła oczy i przechyliła głowę na bok, udając, że śpi. Dannyl uśmiechnął się chytrze i zaczął powoli skradać do siostry.
Ignis ziewnęła głośno i przymknęła oczy, nieświadoma niczego. Chłopak właśnie w tym momencie złapał za barki dziewczynę.
-Pobudka! – krzyknął prosto do ucha brązowookiej, nachyliwszy się nad nią. Ta zaś podskoczyła na siedzisku, wylewając trochę owsianki na stół.
-Dannyl! – warknęła dziewczyna, która rzuciła się w pogoń za uciekającym, roześmianym chłopakiem. Rose pokręciła głową, uśmiechając się łagodnie, i złapawszy za szmatkę, zaczęła zmywać wylaną papkę.
-Jak oni uwielbiają sobie dogryzać – westchnęła. Głośny rumor rozległ się z salonu, a po chwili śmiech rodzeństwa rozbrzmiał w całym domu. Dannyl i Ignis dogadywali się jak mało kto i, choć czasem nie było między nimi zgody, zawsze byli gotowi wesprzeć siebie nawzajem.
Zmartwiona Rose usiadła przy stole, zamyślając się. Właśnie, Ignis. Matka zauważyła, że wróciła wczoraj jakaś niemrawa, nie odzywała się prawie w ogóle oprócz niewyraźnego „dzień dobry” przy wejściu. Od razu poszła na górę i zamknęła się w swoim pokoju, nie wychodząc ani razu. Na dodatek dzisiaj taka niewyspana…
Wkrótce czarnowłosa weszła do kuchni, na pierwszy rzut oka naburmuszona, lecz kąciki jej ust samowolnie wędrowały do góry. Dannyl wszedł tuż za nią, wyszczerzony jak zwykle. Obydwoje usiedli przy stole i z powrotem zabrali się za śniadanie.
-Tata jeszcze nie wrócił? – zapytał chłopak, gdy odsunął już po krótkiej chwili pustą miskę. Rose kiwnęła głową i przełknęła owsiankę.
-Droga do Juvral zajmuje dzień drogi w jedną i dzień w drugą stronę, więc powinien być już wczoraj w domu – powiedziała i, nabrawszy kolejną łyżkę wyglądnęła przez okno. Dannyl z Ignis pogrążyli się w rozmowie, spekulując, jak mogła minąć podróż i co się mogło stać. Po chwili Rose zmarszczyła czoło i odłożyła sztuciec.
-O wilku mowa – mruknęła i wstała od stołu, by nalać owsianki. Rodzeństwo spojrzało na siebie pytająco, po czym równocześnie wyjrzeli przez okno.
Ciche kliknięcie zamka i trzaśnięcie drzwi oznajmiło przybycie ostatniego członka rodziny. Wysoka i chuda postać wsunęła się do kuchni, siadając ciężko przy stole. Kruczoczarne, rozwichrzone włosy przysłaniały po części bladą twarz. Wysokie kości policzkowe były ładnie widoczne, a mocno zarysowaną szczękę pokrywał kilkudniowy zarost. Te same, co u jego potomstwa oczy były teraz podkrążone, a ich spojrzenie niewyraźne. Odziany w czarny niegdyś, teraz poplamiony w niektórych miejscach nie wiadomo czym płaszcz. Cześć srebrnej kolczugi, przykrywającej umięśnione ciało i rękojeść miecza, która wystawała spod wierzchniego odzienia, mogła oznaczać, iż mężczyzna jest rycerzem lub kimś tego pokroju. Był on jednak zwykłym sierżantem straży w mieście.
Edgar, bo tak miał na imię mężczyzna, uśmiechnął się blado do swoich pociech i, wymieniwszy słowa przywitania, odchylił się na krześle.
-Opowiadaj – powiedziała Rose i, po postawieniu miski przed mężem, dała mu całusa w policzek – Były jakieś komplikacje? – dodała i usiadła obok, a rodzeństwo nastawiło uszu.
-Transport więźnia to jednak nie taka prosta sprawa – zaczął ojciec – Podczas drogi do Juvral jego koleżkowie próbowali go odbić na jednym z traktów. Nie powiem, walczyć umieli, lecz nie byli na tyle zorganizowani, by nas pokonać. W jednej trzeciej drogi zaatakowali nas tamtejsi bandyci – Edgar zaśmiał się. – Głupi, myśleli, że w tak obstawionym przez straże wozie transportujemy złoto lub jakieś inne kosztowności. Od razu ich zabraliśmy ze sobą do więzienia. Na miejscu…
Gdy mężczyzna dalej opowiadał, Dannyl spojrzał znacząco na Ignis i wraz z nią wyszedł po cichu z kuchni.
 -Idziesz dzisiaj z nami do karczmy ojca Jamesa? – zapytał chłopak, wchodząc za siostrą po schodach. – Najprawdopodobniej będą wszyscy.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i kiwnęła głową na znak, iż idzie. W sumie czemu nie. Dawno już razem nigdzie nie byli.
-Dobra, to bądź tam po południu– powiedział chłopak i ruszył korytarzem do swojego pokoju, gwiżdżąc jakąś wesołą melodię. Ignis spojrzała z uśmiechem za nim i pokręciła głową po wejściu do sypialni.
Jakiś czas później czarnowłosa, która nie miała nic do roboty w domu, zeszła na dół. Z kuchni było słychać przyciszone głosy obojga rodziców. Dziewczyna zarzuciła płaszcz na ramiona i wsunęła się do pomieszczenia.
-Wychodzę na cały dzień. Będę wieczorem – powiedziała do rodziców. Mama kiwnęła głową i po wytarciu miski podniosła na nią wzrok.
-Uważaj na siebie – uśmiechnęła się łagodnie i odstawiła naczynie, sięgając po kolejne.
Już miała wychodzić, gdy Edgar uniósł się z krzesła i zatrzymał ją.
-Poczekaj, przejdę się z tobą, muszę iść złożyć raport – powiedział. – Tylko się przebiorę – dodał i poszedł na górę.
-Nie zdrzemniesz się nawet? – zapytała Rose, marszcząc czoło, gdy mężczyzna po chwili wrócił do pomieszczenia.
-Wolę już teraz wszystko załatwić – uśmiechnął się blado i, zarzuciwszy brązowy płaszcz, pocałował żonę w policzek.
Ignis wyszła z domu wraz z ojcem, po czym ruszyli razem ulicą w stronę placu, rozmawiając o różnych błahych rzeczach. Poranne słońce oświetlało powoli budzące się do życia miasto. Co chwilę z jakiegoś sklepu wychodzili sprzedawcy i ustawiali to skrzynki z owocami, to jakieś błyskotki przed swymi lokalami. Po pewnym czasie spaceru obydwoje zatrzymali się na skrzyżowaniu ulic i pożegnali, kierując każdy w swoją stronę.
Dziewczyna schowała ręce do kieszeni i kopnęła kamyk, rozkoszując się panującą jeszcze o tej godzinie ciszą. Już wkrótce spieszący się do pracy ludzie zaczną zapełniać ulice i blokować w niektórych miejscach ruch. Będą przekrzykiwać się i hałasować. Utworzą grupki plotkujących o wszystkim i o niczym starszych pań i młodych dziewcząt, które rozmawiają o najnowszych falbankach i fasonach. Ach, jak bardzo nienawidziła tłumów.
Prawie całą godzinę zajęło jej spacerowanie po uliczkach i rozmyślanie nad różnymi rzeczami jak to miała w zwyczaju. Z cichym westchnięciem skierowała swoje kroki na mniejszy plac. Na jego środku wznosiła się fontanna. Była ona ozdobiona misternie stworzonymi płaskorzeźbami. Przedstawiały one pnące się i wijące do samego szczytu winorośle.
Przyjemna dla ucha cisza, mieszająca się z szumem wody, rozluźniła dziewczynę, która usiadła na brzegu fontanny i pogładziła zdobienia. Z łagodnym uśmiechem przyglądała się błyszczącym w promieniach słońca kroplom, opadającym w dół. Część z nich wylądowała na jej bladej, wystawionej do słońca twarzy.
Z czasem coraz więcej osób zeszło się na plac. Może zostałaby jeszcze chwilę, ale gdy na miejscu pojawiły się dzieci biegające i wydzierające się, które przerwały przyjemną ciszę, i gdy coraz bardziej zaczynało grzać, Ignis czym prędzej zebrała się. Zerknęła na pozycję słońca. Wyraźnie wskazywała ona samo południe. Z braku innych pomysłów skierowała swoje kroki do karczmy.
Jak zwykle w środku panowało większe gorąco niż na zewnątrz. Nie było dużo ludzi na miejscu. Jedynie kilka osób siedziało przy stolikach i popijało jakieś trunki.
Przywitała się z ojcem Jamesa i, zamówiwszy cydr jak zwykle, usiadła przy kontuarze i ściągnęła płaszcz. Westchnęła cicho. Dzieliło ją jeszcze parę godzin do momentu spotkania. Co miała zatem robić, poza czekaniem tutaj?
                                                        ***
Witam ^.^ Cóż, wiem, że do tej pory bardzo nieczęsto wrzucałam rozdziały. Ale pora na zmianę >.< Będę się starać wrzucać co 2 tygodnie lub wcześniej kolejne rozdziały (o ile mój internet nie odmówi posłuszeństwa i moje lenistwo mi nie przeszkodzi w pisaniu). 
Jestem ciekawa czy oprócz dwóch osób ktoś jeszcze czyta moje wypociny.

czwartek, 20 czerwca 2013

Rozdzial II



Ludzie nie zwracali zbytnio uwagi na dwie szamotające się postacie. Co jakiś czas padały na nich niepewne spojrzenia przypadkowych ludzi, lecz nikt się nie wtrącał. Ignis wyzwoliła się mocnym szarpnięciem z uścisku obcego. korzystając z jego chwilowego rozkojarzenia. Jej skórę od nadgarstka do łokcia pokrywały dziwne, czerwono czarne znaki, które bynajmniej, nie były tatuażami.  Wiły się one od nadgarstka do ramienia niczym bluszcz rosnący przy ścianie lub też oplatający jakiś słup. Ze strachem rozglądnęła się czy ktoś jeszcze zauważył jej rękę, lecz wokół siebie zobaczyła tylko zobojętniałe i zmęczone twarze.
 Mężczyzna wpatrywał się ze zdziwieniem w dziwne ramię czarnowłosej. Jego twarz pobladła, oczy zamieniły w wąskie szparki, a źrenice powiększyły, prawie całkowicie pochłaniając szare tęczówki. Ułożył usta w jakieś słowo, lecz Ignis wśród głosów kupców i głośnych rozmów ludzi nie dosłyszała go. Koścista dłoń powędrowała powoli pod płaszcz, a obcy zaczął zbliżać się niebezpiecznie do kobiety, cały czas mrucząc coś pod zakrzywionym nosem.
W jej głowie męskim krzykiem rozbrzmiało zdanie:
 Uciekaj, do cholery jasnej!
Dziewczyna, nie zastanawiając się dłużej, rzuciła się w tłum. Starała się nie przewrócić siebie ani innych. Ludzie patrzyli za nią zdziwieni, zatrzymując się. Nikt nie rozumiał, dokąd jej się tak śpieszy, dopóki nie zostali popchnięci przez goniącą ją obcego. Nie przestając biec narzuciła na siebie płaszcz. Nie chciała by ktoś jeszcze zobaczył jej znaki. Zatrzymała się na obrzeżach placu, rozglądając się niepewnie. Za sobą usłyszała rumor i czyjeś przekleństwa pomieszane z krzykami, lecz nie miała odwagi się obrócić. Szybko przypominając sobie plan alejek wbiegła w ulicę prowadzącą na mniejszy plac w mieście. Przeklinała w myślach te cholerne, śmierdzące tłumy blokujące drogę, równocześnie licząc mijane uliczki.
 Jeden, dwa, trzy, cztery… Tutaj.
 Skręciła, biegnąc labiryntem rożnych alejek. Starała się wybierać te najmniejsze. Mając nadzieję, że obcy zgubił pościg, wbiegła w wąską i niezbyt ładnie pachnącą uliczkę, dopadając na pozór gładkiej ściany. Modliła się w duchu, by się nie pomyliła. Oddychając ciężko i starając się ignorować dziwny zapach, który unosił się w powietrzu, zaczęła nerwowo przejeżdżać dłońmi po ścianie.
 Na szorstkiej powierzchni wyczuła palcami obluzowaną cegłówkę i naparła na nią ręką, wciskając w ścianę. Ciche kliknięcie rozległo się tuż obok niej, gdzieś na dole. Dziewczyna uklękła przy uchylonej płycie, wsuwając palce w szczeliny. Uniosła ją, szybko przesuwając na bok. Z ciemnej, śmierdzącej dziury powiało chłodem, gdy pochylona nad nią Ignis zaglądnęła do środka.
 Ciche szurnięcie, a następnie metaliczny dźwięk rozległ się tuż za nią. Nim zdążyła zareagować, coś zimnego dotknęło jej szyi. Silna dłoń złapała ją pod pachę i podniosła brutalnie z klęczek, wciąż trzymając broń przy gardle. Odsunął ją kawałek od dziury. Ignis napięła wszystkie mięśnie, próbując jak najszybciej wymyślić jakikolwiek plan ucieczki.
 - Szybka jesteś, ale to normalne dla takich jak … Ty – powiedział, przysuwając twarz do jej ucha. Jego ciepły, lecz nieprzyjemny oddech padał na szyję ciemnowłosej.
 - Czego ode mnie chcesz? - zapytała cicho, starając się zyskać trochę czasu. Rozglądnęła się nerwowo. Mężczyzna odpowiedział jej chrapliwym śmiechem. Gdyby nawet jakoś wyrwała się mu to do dziury było za daleko.
 Jedyne, co jej zostało, to starcie z mężczyzną.
 Odetchnęła głęboko i  uderzyła łokciem w brzuch obcego. Wróg jęknął i zgiął się wpół, opuszczając lekko broń, co natychmiast wykorzystała. Obróciła się szybko i uderzyła pięścią z całej siły w jego twarz. Mężczyzna zatoczył się, wypuszczając sztylet z ręki i uderzył plecami o ścianę. Obsunął się po niej na ziemię nieprzytomny. Z dziwnie wykrzywionego nosa ciekła krew, spływając po wąskich ustach i skapując na ciemny płaszcz.
 Westchnęła, schylając się po broń. Gdy była młodsza, brat nauczył ją bić się. Zakodowała sobie w pamięci, by podziękować mu za to w najbliższym czasie i zatknęła podniesiony sztylet za pas. Zerknęła na obcego, mając teraz okazję przyjrzeć mu się bliżej. Wyglądał na dosyć młodego i najważniejsze, silnego. Lekko zdziwiona spojrzała na swoje ręce. Jeszcze niedawno ledwo podnosiła coś ciężkiego, a teraz… Znokautowała dorosłego mężczyznę.
 Gdzieś niedaleko usłyszała czyjeś głosy zbliżające się tym kierunku. Szybko podeszła do dziury i wskoczyła do niej, nie chcąc by ktoś ją spotkał przy nieprzytomnym mężczyźnie. Idąc podziemnymi korytarzami i wsłuchując się w głosy tłumu nad nią, myślała o dziwnym obcym. Czemu ją gonił? I co miały oznaczać jego słowa? Wciąż dręczyły ją, tłukąc się niczym górskie echo w jej umyśle.
 „Takich jak… Ty
 ***
 Ignis westchnęła cicho, siedząc na parapecie w swoim pokoju i wyglądając przez otwarte okno. Jej czarne włosy powiewały delikatnie pod wpływem zimnego wietrzyku. Dzisiaj miała być pełnia, lecz chmury przysłoniły nocne niebo, nie chcąc ukazać ani kawałka pięknej tarczy księżyca. Podciągnęła kolana pod szyję, oparłszy na nich podbródek i przymknęła orzechowe oczy. Była zmęczona po dzisiejszym dniu, a ta gonitwa wciąż nie dawała jej spokoju. Bała się, że obcy może po nią wrócić, choć do końca nie rozumiała, czemu miałby to zrobić. Starając się odrzucić od siebie nieprzyjemne myśli, spuściła nogi z parapetu. Weszła do środka i delikatnie zamknęła okno.
 Mały płomyk świecy błysnął w ciemności, rozświetlając niewielkie pomieszczenie. Drewniane, wąskie łóżko stało pod ścianą pościelone byle jak. Naprzeciw niego ustawiony był ciężki stół, cały zastawiony dziwnymi projektami. Stał na nim również wazon z polnymi kwiatami ożywiającymi nieco pokój. Obok zamknięta na kłódkę skrzynia strzegła czegoś ukrytego w swoim wnętrzu, ukazując to tylko właścicielowi klucza.
 Jedynym ozdobnikiem w tym pokoju oprócz kwiatów był obraz wiszący nad łóżkiem. Przedstawiał on niewielki wodospad gdzieś w głębi lasu. Spływająca woda błyszczała w dziennym świetle, zderzając się z kamieniami na dole. Dziewczyna tyle razy przyglądała się temu dziełu, gdy któregoś dostrzegła ledwo widoczne wejście do jaskini za spływającą wodą. Często zastanawiała się czy to miejsce naprawdę istnieje, czy to tylko wymysł autora.
 Stanęła przy stole, przeglądając pliki kartek. Zaraz po powrocie do domu rozpoczęła projektowanie czegoś, co zasłoniło by jej rękę przed niepożądanymi spojrzeniami obcych. Chciała uniknąć kolejnych sytuacji, takich jak dzisiaj. Odgarnęła kosmyk włosów z czoła i nachyliła się bardziej nad jednym ze szkiców, dokonując paru poprawek kawałkiem węgla.
 Nagle okiennice trzasnęły, otwierając się gwałtownie i wpuściły do pokoju zimny podmuch powietrza. Projekty poleciały w powietrze, a świeca zgasła, pogrążając pokój w ciemnościach. Ignis zmarszczyła czoło i podeszła powoli do okna. Z bijącym sercem wyglądnęła na zewnątrz.
 Nocne niebo dalej zakrywały ciemne chmury, a na ulicy w dole panowała cisza. Rozglądnęła się na boki, lecz nie dostrzegła nic prócz paru punktów światła w mieście, którymi były latarnie.
 Ciche mruczenie rozległo się gdzieś obok. Powoli w jej stronę przysunął się szary kot, wyłaniając się z cienia i przyglądając jej z zaciekawieniem w zielonych oczach. Ignis wyciągnęła dłoń w stronę obcego jej zwierzęcia, gładząc miękką sierść na jego głowie.
 - Widzisz jak zwykły wiatr może przestraszyć człowieka – powiedziała cicho, uśmiechając się łagodnie do kocura.  Ten zaś wskoczył do jej pokoju, układając się na stole. Przyglądał się nadal jej czujnie, liżąc łapkę. Mrugnęła do niego, pozwalając mu zostać w środku.
 Odwróciła się i przymknęła okno z niepokojem w sercu . Bo to był wiatr… Prawda?
 ***
 - Jesteś pewien?
 - Absolutnie – powiedział szarooki mężczyzna i uniósł wzrok, klęcząc. – Jest jedną z nich, panie.