piątek, 15 listopada 2013

Rozdzial V


Pierwsze promienie porannego słońca wpadły do niewielkiej sypialni przez zamknięte okno. Oświetliły one twarz leżącej pod pomiętą kołdrą dziewczyny.
Nie spała.
Jej blada twarz nie wyrażała żadnych emocji. Niewyraźne spojrzenie skierowała na na sufit. Tęczówki oczu pod wpływem światła na chwilę zmieniły się z ciemnobrązowych na piwne. Ich barwa przypominała teraz szklanicę piwa sprzedawanego w każdej karczmie.
Źrenice zwęziły się od razu, by nie wpuścić pod powieki więcej światła niż to było potrzebne. Ignis wzdrygnęła się i zasłoniła twarz dłońmi, chroniąc ją przed promieniami słońca. Prawie całą noc nie zmrużyła oka, gdyż wciąż myślała o ostatnich wydarzeniach. Na szczęście "prawie".
Przed jej oczami pojawił się obraz ciemnego dymu w uliczce. Widok mężczyzny leżącego pod ścianą. Zmartwieni Dannyl i matka.
"Signa… sanguinem..."
Skrzywiła się i, przewróciwszy na bok, zamknęła oczy oraz spróbowała wyrzucić to wszystko ze swojej głowy. Gdy jej działania nie przyniosły oczekiwanego efektu, mruknęła parę nieprzyjemnych słów pod nosem i podniosła się z posłania. Nic innego jej nie pozostało, jak odwrócenie myśli od tamtych wydarzeń poprzez zajęcie się czymś innym. Usiadła zatem na łóżku i westchnęła cicho.
Kołdra zsunęła się z jej tułowia i odsłoniła część ręki. Ze smutkiem przejechała placem po znakach. Ciemnoczerwone kreski wyglądały niczym przypadkowe pociągnięcia cieniutkim pędzlem według nieznanej nikomu wizji malarza.
Czyżby to one były przyczyną tych dziwnych wydarzeń?
Westchnęła cicho i wstała z łóżka, kierując swe kroki do krzesła. Narzuciła na siebie czystą białą koszulę i jak zwykle czarne spodnie wraz z resztą jej codziennego ubrania, które były już wcześniej przygotowane.
Musiała się zrelaksować.
"Las."
Tak. To chyba najlepszy pomysł jaki przyszedł jej do głowy. Może nie było dobrą koncepcją, by opuszczać mury miasta, ale czy i tu może czuć się bezpiecznie?
Rozglądnęła się po pokoju niepewnie i przykucnęła przy zamkniętej na kłódkę skrzyni. Sięgnęła do szyi i pociągnęła za sznureczek, wydobywając spod koszuli zawieszony na nim kluczyk. Szczęk zamka rozległ się w pomieszczeniu, gdy Ignis uchyliła wieko.
W środku nie było wielu rzeczy - paręnaście projektów, kołczan, trochę ubrań, niewielka sakiewka z oszczędnościami oraz mała figurka niedźwiedzia wystrugana w drewnie przez Dannyla.
 Parę zarysowanych kartek musiało wylądować na ziemi, by światło dzienne ujrzała skórzana pochwa ukryta na dnie. Ignis odpięła pasek, który uniemożliwiał wysunięcie się broni i złapała srebrną rękojeść wystającą ze skóry. Charakterystyczny metaliczny dźwięk rozległ się w pomieszczeniu, a ostra klinga zabłyszczała w porannym słońcu. Usta brązowookiej wygięły się w delikatnym uśmiechu. Dostała ten sztylet od Edgara, kilka lat temu. Do teraz pamiętała dokładnie, jak wraz z bratem uczyli się walczyć pod okiem ojca. Oczywiście, wtedy jeszcze nie na sztylety, tylko na drewniane miecze.
Wybrana losowo niepotrzebna kartka znalazła się w ręce Ignis. Szybkim ruchem przecięła ją na pół, sprawdzając tym samym czy ostrze się nie stępiło. Kiwnęła głową z zadowoleniem, a klinga na powrót zniknęła w pochwie, którą dopięła do paska.
Ten sztylet może się jej przydać. Po ostatnich wydarzeniach wolała mieć przy sobie coś do obrony.
Wzięła jeszcze sakiewkę i kołczan, po czym zamknęła skrzynię. Może uda jej się kupić coś dla Dannyla z okazji urodzin? Podeszła do okna i wyglądnęła na zewnątrz. Nikogo, ani żywej duszy.
Czarnowłosa przysiadła na parapecie i oparła czoło o chłodną powierzchnię szyby. Przeczucie kazało jej poczekać, aż na ulicach pojawi się więcej ludzi. Nie dość, że mogłaby wzbudzić podejrzenia, spacerując po ulicach z samego rana samotnie, to jeszcze byłoby jej ciężko schować się w sytuacji zagrożenia. Choć tego nienawidziła, wolała nie ryzykować.
"Zaczęłaś świrować na punkcie bezpieczeństwa, Ignis."
Zaśmiała się cicho.
W sumie słusznie.
Zmarszczyła brwi.
Chwila. To nie była jej myśl. Tak jakby... Męski głos.
Pokręciła głową. Wydawało jej się.
Chwilę później pojedyncze osoby pojawiały się na ulicy, goniąc za swoimi sprawami. Z czasem robiło się ich coraz więcej i więcej, a codzienne rozmowy i głosy kupców były bardziej słyszalne.
Gdy pozycja słońca wskazywała na około dziesiątą, Ignis uznała, że dość już czekania. Złapała za płaszcz leżący na krześle i narzuciła go na siebie. W jej kieszeni wylądowała wcześniej przygotowana sakiewka, a na ramię dziewczyna założyła łuk wraz z kołczanem. Następnie wyszła z pokoju i już miała zejść po schodach, gdy zatrzymał ją czyjś głos.
- Ignis, poczekaj - powiedział Dannyl, gdy wyszedł ze swojego pokoju. Bez swojego codziennego uśmiechu i wigoru podszedł do niej. Westchnęła i spojrzała w jego stronę.
- Dokąd idziesz? - zapytał i przyglądnął się jej.
- Na spacer - mruknęła, po czym odwróciła się z zamiarem zejścia po schodach.
Nagle na jej ramieniu zacisnęła się mocno ręka chłopaka, zatrzymując dziewczynę. Zerknęła na niego niepewnie.
- Możesz mi, do cholery jasnej, wytłumaczyć, co się dzieje? - zapytał z irytacją w głosie.
- Nic się... - zaczęła, próbując wyszarpnąć ramię z uścisku brata.
- Nie kłam! - prawie krzyknął. - Do tej pory mówiliśmy sobie wszystko, a teraz wyraźnie coś ukrywasz. Od dwóch dni zachowujesz się jakoś dziwnie i wyglądasz jakbyś nie spała wieki - westchnął i spojrzał dziewczynie prosto w oczy.
Nic mu nie mów.
- Co się dzieje? - mruknął łagodniej.
Nic mu nie mów!
Ignis odwróciła wzrok. Nie wiedziała, czemu ukrywa przed Dannylem i rodzicami to, co ostatnio się wydarzyło. Bolało ją, że musi kłamać, lecz czuła, że tak powinna. Coś wręcz zmuszało ją, by trzymała wszystko w tajemnicy.
- Nic się nie dzieje - powiedziała, spoglądając głęboko w oczy Dannylowi - I puść moją rękę.
Dziewczyna widziała w oczach chłopaka, że ten się o nią martwi. Jeszcze przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. Po chwili chłopak puścił jej ramię. Odwrócił się na pięcie, zbiegł po schodach wściekły i wyszedł z domu, przy okazji trzaskając drzwiami. Czarnowłosa odetchnęła oraz zgarbiła się trochę.
„Może powinnam była mu powiedzieć?”
Ignis zeszła po schodach, zamyślona, i wyszła z domu. Rozglądnęła się, lecz nigdzie już nie było widać brązowej czupryny brata. Westchnęła ciężko.
"Byleby dzisiaj nie spotkało mnie nic więcej nieprzyjemnego."
Ruszyła szybkim krokiem, nie rozglądając się. Chłodny wiatr szarpał jej długimi włosami na wszystkie strony. Był to zimniejszy dzień, co wyraźnie dawało się odczuć w porównaniu z niedawnym upałem. Ludzie, którzy nie chcieli długo pozostawać poza ciepłymi pomieszczeniami swoich domostw, poruszali się szybko.
Szarawe, lecz nie burzowe chmury przemieszczały się w dość szybkim tempie po niebie. Co jakiś czas przysłaniały one słońce, blokując jego ciepłe promienie.
Po dłuższej chwili czarnowłosa, jako, że starała się używać jak najwięcej skrótów, była już przy bramie wyjściowej z miasta. Szybko skręciła z głównego traktu i odnalazła mało widoczną ścieżkę na polankę. Z czasem coraz mniej typowych odgłosów miasta docierało do uszu dziewczyny, po chwili cichnąc zupełnie.
Korony drzew, które bujały się pod wpływem wiatru, szumiały w przyjemny dla ucha sposób, a zapach mchu i paproci wypełnił nozdrza dziewczyny. Brązowooka zwolniła tempa i z delikatnym uśmiechem zaczęła przyglądać się wyginanym przez wiatr gałęziom.
Po chwili, gdy dziewczyna wyszła na polankę, zdjęła łuk z ramienia i usiadła na brzegu lasu. Oparła się o drzewo, wsłuchując w typowe odgłosy gaju oraz gładząc wyryte zdobienia na łuku. Choć było jej miło, nie mogła odgonić od siebie nieprzyjemnych myśli. Wciąż plątały się w jej umyśle i nie dawały spokoju.
Dłuższą chwile odpoczywała w tej pozycji. Wreszcie wstała z cichym westchnięciem i wypatrzyła na drzewie kiedyś powieszoną przez siebie tarczę. Podeszła do niej trzy kroki i nałożyła strzałę na łuk. Celując, wzięła poprawkę na wiatr i wystrzeliła.
Chybiła.
Na jej czole powstała wyraźna zmarszczka, podczas gdy kolejna strzała spróbowała osiągnąć celu. To samo. Dziewczyna mruknęła coś pod nosem, a następny pocisk został wypuszczony ze świstem.
Znów pudło.
Następnych kilkanaście prób było takich samych. Tyle razy strzelała przy takiej pogodzie i jakoś jej szło. A teraz - ani jeden raz nie trafiła. Nie mogła się skupić.
Spróbowała po raz kolejny, ostatni. Strzała minęła się z tarczą. Rzucony kołczan wylądował na ziemi, a zdenerwowana czarnowłosa opadła obok niego. Zasłoniła twarz rękami.
"Co się ze mną dzieje?"
Nagle stado ptaków zerwało się z lasu, wzbijając w powietrze. Zerknęła w tamtą stronę. Pewnie coś je spłoszyło. Położyła się na trawie i poczęła podążać wzrokiem za przepływającymi chmurami. Słońce, które pojawiało się raz na jakiś czas, wskazywało na to, iż jest już późne popołudnie.
Jakiś czas później krzaki obok niej zaszeleściły. Dziewczyna uniosła głowę. Z krzewu wyskoczył zając, uciekając, ile miał sił w nogach i przeciął w poprzek polankę. Spojrzała za nim zdziwiona i uniosła jedną brew. Po chwili błysnęła jej między drzewami uciekająca para saren.
W tej chwili do jej nozdrzy doszedł dziwny smród. Tak jakby... Coś się paliło.
Usiadła szybko. Odór stawał się coraz ostrzejszy.
Po chwili, wraz z wiatrem i kolejną falą odoru, usłyszała krzyk. Nie, krzyki. Jakby gdzieś daleko.
Szybko złapała za kołczan i ruszyła ścieżką w stronę miasta. Gdy zbliżała się do niego, wszystko stawało się wyraźniejsze. Przyspieszyła tempo, wręcz biegnąc.
Nogi dziewczyny poniosły ją prędko na środek traktu. Wystraszona, spojrzała w stronę bramy. W jej oczach odbiła się czerwień pomieszana z żółcią.
"Nie może być... Nie..."
Gorące płomienie pożerały z chwili na chwilę miasto przypominające teraz ogromną pochodnię. Całą metropolię pochłonęła czerwień. Ponad murami powstała ciemna chmura dymu.
Miasto płonęło.

3 komentarze:

  1. Wee hoo.
    A więc Twoja historia wreszcie dotarła do ważnego momentu. Takiego, z którego wychodzi wreszcie mnóstwo ścieżek prowadzących do rozwinięcia fabuły w najróżniejszy sposób. Awh, jakże się cieszę, że mogę czynnie uczestniczyć w tym, co się dzieje~~
    Dziki głos w głowie Ignis. Ty wiesz, że ja lubię. Mrrawh. Jej wściekłość na siebie i swoje nieogarnięcie. Na tarczę (którą Racu NA PEWNO umie narysować) ^w^
    Dannyl mi się tutaj podoba. Pokazuje chociaż część swojej stanowczej strony. Powinien częściej się otwierać. Ja rozumiem, że jest może radosnym i optymistycznym człowiekiem, ale patrząc na jego irytację, odnoszę wrażenie, że nosi maskę, za którą ukrywa to, co naprawdę czuje. Jakby nie chciał pokazywać swoich emocji w pełni. Ale to już jest moja dzika wyobraźnia.
    Pożar. Uciekające zające i skaczące sarenki <3 Cóż, pożar nadszedł, więc zwierzyna spierdziela, póki drzewa nie zajęły się ogniem. A wizja płonącego miasta podoba mi się bardzo ^w^
    Pisz dalej. Akcja się rozwija. Tylko nie każ ludziom czekać dwa miesiące XD
    Weny,
    Miraculi

    OdpowiedzUsuń
  2. Narrreszcie. Ten rozdział jest znowu lepszy od poprzedniego. Znaki i męski głos w głowie, wanna know moarrr. Podpisuję się tutaj pod Racu, Dannyl był bardzo spoko w tym rozdziale, bardziej realny, taki zmartwiony i z pierdolnięciem.
    Mamy tutaj duuużo rzeczy, wstawka o dzieciństwie, zachowanie przestraszonej Ignis i troskę ze strony jej rodziny. I przede wszystkim pożar. Opis zachowania zwierząt mi się podobał. I też opis znaków na jej skórze.
    Well, specjalnie piszę dzisiaj, a nie na wczorajszym ujebaniu, żeby mój komentarz był bardziej treściwy i dłuższy, ale tutaj dużo więcej nie wycisnę, poza tym, że chciałabym, żebyś wstawiła szybciej kolejny rozdział @_@
    Brukiew. Wiekurb. Haha :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie będę pisać tego co moi poprzednicy, bo juz napisali wszystko co mozna wyciagnac z tego opo. Tylko blagam Cie, nie każ poddanym czekać długo ^^

    OdpowiedzUsuń